Poczujecie się tu jak w bajce. Niezwykłe miejsce, które pozwala wrócić do czasów dzieciństwa

Poczujecie się tu jak w bajce. Niezwykłe miejsce, które pozwala wrócić do czasów dzieciństwa

Studio Filmów Rysunkowych (Centrum Bajki i Animacji OKO)
Studio Filmów Rysunkowych (Centrum Bajki i Animacji OKO) Źródło: archiwum Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej
Trudno powiedzieć, kto się tu lepiej bawi: dzieci, czy rodzice, którzy wychowali się na Reksiu. Wiadomo, w czyich oczach pojawi się łezka wzruszenia.

Centrum Bajki i Animacji OKO otwarto w maju 2024 roku przy legendarnym Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Osoby, które jak ja wychowały się na przygodach Bolka i Lolka, Reksia czy Baltazara Gąbki, wchodząc tu, poczują się, jakby dostały klucz do pokoju z zabawkami, na dodatek tymi ulubionymi, z czasów dzieciństwa. Będą ścigać się ze swoimi dziećmi po korytarzach muzeum, w którym wszystko gra, wiruje, oczarowuje i wszystkiego można dotknąć.

Centrum Bajki i Animacji OKO. Miejsce, które łączy pokolenia

Symboliczne jest już samo miejsce, Willa Rotha, wybudowana w 1888 roku, przejęta przez studio w 1952. Dziś mieści się tu dyrekcja, a obok – połączony szklanym łącznikiem – stoi już zupełnie nowy gmach Centrum OKO. Między nimi dziedziniec z amfiteatralnymi schodami, gdzie latem odbywają się koncerty i seanse filmowe pod gołym niebem. Dwa miejsce łączące przeszłość z przyszłością i teraźniejszością.

To tutaj powstawały kultowe bajki, które gromadziły przed telewizorami miliony Polaków. Całe rodziny, klatki schodowe, pół bloku, jeśli to były czasy, kiedy na cały blok były 2-3 odbiorniki telewizyjne. „Bolek i Lolek”, „Reksio”, „Porwanie Baltazara Gąbki”, „Przygody Błękitnego Rycerzyka”, „Pampalini łowca zwierząt”.

Co ciekawe, pierwsze produkcje bielskiego studia powstawały również dla widzów dorosłych. W centrum zachowały się taśmy z typowymi PRL-owskimi „produkcyjniakami” o ciężkiej pracy klasy robotniczo-chłopskiej. Jakże stąd wielki przeskok, gigantyczny, do czasów, kiedy studio leżące pod Beskidem miało swój znaczący udział w tworzeniu tak kultowej na całym świecie animacji, jaką są „Flinstonowie”! Tak, to nie plotka, lecz z kulisami tej… nie do końca udanej współpracy najlepiej zapoznać się samego, zwiedzając OKO z przewodnikiem, który całą historię studia, a do tego z miliard ciekawostek i anegdotek ma w małym palcu.

Zaczęło się od marzeń. Przyszła żmudna praca

Zaczęło się, jak to w bajkach bywa. Od marzeń. Ludzie, którzy tworzyli Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, marzyli o jednym: robić bajki tak dobre, jak te które sami oglądali – kolorowe, żywe, disnejowskie. Tyle że nie mieli nic z tego, co miał wtedy Disney. Ani doświadczenia, ani pieniędzy, ani technologii, ani nawet pewności, że ktokolwiek w Polsce wie, jak się animację w ogóle robi.

Uczyli się więc sami, metodą prób i błędów, z książek i przypadkowych fragmentów zachodnich filmów, jakie udało się gdzieś zdobyć. Tymi marzeniami dosłownie żyli, bo granica między pracą a domem właściwie nie istniała. Zespół funkcjonował jak rozrośnięta rodzina, a studio bywało czymś więcej niż miejscem pracy. Nierzadko zdarzało się, że na parterze budynku, między biurkami a stołami kreślarskimi, drzemały dzieci pań malarek, bo nie było z kim ich zostawić, a matki i tak musiały skończyć kolejną klatkę do jutra. Nie było w PRL-owskiej Polsce folii? Na ratunek ruszyły… miejskie szpitale. Przekazywały do studia klisze rentgenowskie, które po żmudnym wypłukaniu trafiały na stół rysowników.

Sześć tysięcy puszek pamięci i dzieciństwo milionów Polaków

Cała ta historia zamknięta jest dziś w opowieściach i w archiwum centrum, które mieści ponad sześć tysięcy puszek z filmami. Blisko tysiąc tytułów. „Bolek i Lolek” – ponad 180 odcinków zrealizowanych w ciągu 23 lat. „Reksio” – niewiele mniej.

Pamiętasz jeden, króciutki odcinek „Reksia”? To pomyśl teraz, że to 300 metrów taśmy i od pięciu do siedmiu tysięcy ręcznie wykonanych rysunków! Każdy z nich trafiał później do pracowni, gdzie panie malarki ręcznie nakładały farbę na cienką folię, klatka po klatce. Do dyspozycji miały może dwadzieścia podstawowych kolorów, a mimo to trzeba było z nich wyczarować kilkaset odcieni, bo światło, cień i tło wymagały zupełnie innych tonów niż ten w słoiczku z farbą. Trudno sobie wyobrazić w czasach, kiedy komputerowa sztuczna inteligencja w 3 minuty wygeneruje realistyczny filmik z tobą w roli głównej, którego akcja dzieje się na Marsie, na dodatek w towarzystwie ukochanego kota i Monici Bellucci, dla przykładu.

Narysowanie i pomalowanie obrazka to była dopiero połowa roboty. Drugą – i bywało, że bardziej żmudną – był dźwięk. Animację trzeba było zsynchronizować z warstwą audio klatka po klatce, ręcznie docinając dwie taśmy: jedną z obrazem, drugą z dźwiękiem, aż zgrały się idealnie. Gotową rolkę wysyłało się następnie pocztą do wywołania, do studia filmowego w Łodzi. Jeśli terminy goniły, jechało się tam pociągiem, a jeśli i to nie wystarczało – wskakiwało w dużego Fiata, czy Poloneza, koniecznie z panią kierownik produkcji. Dlaczego? Bo kiedy po drodze zatrzymywała ich milicja za przekroczenie prędkości, to ona wychylała się z auta, machała taśmą filmową i krzyczała: „Wieziemy Bolka i Lolka!". Podobno to wystarczało. Milicjanci machali ręką i puszczali auto dalej. Bajka była już wtedy na tyle kultowa, że nikt nie miał serca jej opóźniać.

Wszystkiego dowiecie się na miejscu. Ekspozycja stała zajmuje dwa piętra i jest podzielona na siedem części – od historii studia, przez tworzenie scenariusza, postaci i tła, po udźwiękowienie i projekcję. To nie jest muzeum w tradycyjnym sensie. Nikt nie chodzi tu w skupieniu, czytając podpisy pod gablotami. Dzieci próbują swoich sił jako animatorzy – wybierają bohatera z bazy i ożywiają go same, dobierają bohaterów, scenerię, dźwięki. Są przewodnicy, ale – z całym szacunkiem! – najlepszymi są chyba rodzice i dziadkowie, którzy nagle zaczynają opowiadać dzieciom, kto to był Bartolini Bartłomiej, tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców i jak nazywała się koleżanka Bolka i Lolka.

„Baczne Oczka” i „Kocia Szajka” – nowe rozdziały tej samej historii

Studio wciąż produkuje. „Baczne Oczka" – edukacyjno-przygodowy serial o ciekawskiej biedronce Once i ostrożnym ślimaku Maku, z odcinkami po sześć-siedem minut – to już szczyt techniki i współczesnej dbałości o wszystkich bez wyjątku. Serial powstał we współpracy ze specjalistami od wzroku. Gruba kreska, wysoki kontrast, ograniczone bodźce – bajka została zaprojektowana tak, by mogły ją oglądać także dzieci niedowidzące, ze słabszym i z problemami ze wzrokiem.

Drugi projekt to ekranizacja „Kociej Szajki”, bestsellerowej serii książkowej Agaty Romaniuk o kocich detektywach, z bohaterem imieniem Precelek, którego portret zdobi już mural przy ul. Cieszyńskiej, widoczny z okien Centrum OKO. Premiera planowana jest na wiosnę 2027 roku.

Centrum Bajki i Animacji OKO nie żyje wyłącznie wspomnieniem PRL-owskiej dobranocki, ale nie ukrywa też, że to ona jest jego sercem. Pokazuje mechanizm, jak z kreski rodzi się ruch, z ruchu charakter, a z charakteru bohater, który zostaje z człowiekiem na całe życie.

Czytaj też:
Od Bolka i Lolka po jazz na cmentarzu. Fenomen Bielska-Białej Polskiej Stolicy Kultury 2026
Czytaj też:
Koncert w domu pogrzebowym i 1000 metrów nad poziomem morza. Takie rzeczy tylko na Zadymce

Galeria:
Centrum Bajki i Animacji OKO w Bielsku-Białej