Karciarz, którego bała się milicja. Kultowy polski film wraca po latach

Karciarz, którego bała się milicja. Kultowy polski film wraca po latach

Kadr z filmu „Wielki Szu”
Kadr z filmu „Wielki Szu” Źródło: archiwum Filmu / Forum
„Graliśmy uczciwie. Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem. Wygrał lepszy”. Dokładnie 43 lata temu te słowa padły po raz pierwszy.

Dziś ten cytat z „Wielkiego Szu” zna niemal każdy fan polskiego kina. Film Sylwestra Chęcińskiego, który miał premierę dokładnie 16 maja 1983 roku, przez lata urósł do rangi legendy, a Jan Nowicki już na zawsze został dla widzów „Szu”.

Wielki szuler nie umiał tasować kart. Sprytnie rozwiązano problem

Do dziś wzbudza zachwyt widzów. „Bardzo solidna polska produkcja. Świetny Jan Nowicki. Szkoda, że teraz nie powstają takie filmy. Nasze kino byłoby znacznie ciekawsze” – piszą w serwisie Filmweb. Mało kto wie jednak, że kulisy powstawania produkcji były niemal równie fascynujące, jak sama historia ekranowego szulera. Na planie nie brakowało problemów, improwizacji i sytuacji, które po latach obrosły prawdziwym mitem. Choć dziś trudno to sobie wyobrazić, Jan Nowicki przed rozpoczęciem zdjęć miał ogromny problem z kartami, a przecież wcielał się w największego szulera w historii polskiego kina.

Karty wypadały aktorowi z rąk, a sceny hazardowe groziły kompromitacją. Ratunek przyniósł scenarzysta Jan Purzycki, który dopisał kultową dziś kwestię: „całe życie uczyłem swoje ręce niezdarności”, dzięki czemu Jan Nowicki mógł, a nawet powinien sypać kartami niezdarnie po całym stole. To przecież celowy trik „Wielkiego Szu”!

„Wielki Szu” – prawda czasu i prawda ekranu

Kolejny filmowy numer, o którym widzowie przez lata nie mieli pojęcia. Otóż w części scen karcianych oglądamy nie dłonie Jana Nowickiego, lecz profesjonalnego konsultanta, którego wyciągnięto z hazardowego półświatka. To właśnie on wykonywał wszystkie widowiskowe sztuczki kartami w bliskich ujęciach. Twórcy zatrudnili go specjalnie po to, by film wyglądał wiarygodnie i trzeba przyznać, że wyszło mu to wyjątkowo dobrze.

Duża też w tym zasługa scenarzysty Jana Purzyckiego, który przed napisaniem historii spędzał miesiące w zadymionych lokalach w środowisku hazardzistów PRL-u. Obserwował zawodowych oszustów, poznawał ich sztuczki i psychologiczne zagrywki. Dzięki temu świat przedstawiony w „Wielkim Szu” do dziś wydaje się autentyczny. Do tego stopnia, że ówczesna milicja bała się, iż produkcja stanie się filmikiem instruktażowym dla młodych kombinatorów.

Po premierze „Wielki Szu” błyskawicznie okazał się ogromnym sukcesem finansowym. Film zarobił na siebie w zaledwie trzy miesiące, co w realiach PRL-owskiej kinematografii było wynikiem niemal niewiarygodnym. Teraz, cztery dekady po premierze, „Wielki Szu” przeżywa drugą młodość dzięki temu, że trafił na platformę Netflix. Nowi widzowie mogą odkryć film, który nie zestarzał się niemal wcale.

Czytaj też:
Polacy oszaleli na punkcie tego filmu. Kinowy hit miażdży konkurencję na VOD
Czytaj też:
„Mocny na maxa”. Najbardziej wstrząsający polski kryminał wpadł na Netflix

Źródło: WPROST.pl