Jest najbardziej rozpoznawalnym „cwaniakiem” polskiego kina. Jego tekstami mówiła cała Polska

Jest najbardziej rozpoznawalnym „cwaniakiem” polskiego kina. Jego tekstami mówiła cała Polska

Kadr z filmu „Wyjście awaryjne”
Kadr z filmu „Wyjście awaryjne” Źródło: archiwum Filmu / Forum
Już jako chłopak z warszawskiego Czerniakowa wiedział, jak smakuje plan filmowy i jak pachną ciężko zarobione pieniądze.

Zanim stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych „cwaniaków” polskiego kina, Zbigniew Buczkowski był dzieckiem, które musiało szybko dorosnąć. Jego młodość to gotowy scenariusz: tragedia, sportowa ambicja, spryt i pierwsze role, które otworzyły mu drzwi do wielkiej kariery.

Czerniaków, tragedia i hart ducha

Dziś aktor, który 20 marca skończy 75 lat, wciąż pozostaje aktywny zawodowo i gra m.in. w serialu „Lombard. Życie pod zastaw”. Początki tej drogi były jednak dalekie od czerwonych dywanów.

Urodził się 20 marca 1951 r. w Warszawie, w powojennej rzeczywistości, która nie rozpieszczała nikogo. Dorastał na Czerniakowie, w rodzinie związanej z lotnictwem. Ojciec Marian był lotnikiem. To właśnie on był dla chłopca pierwszym bohaterem.

Dzieciństwo przerwała jednak katastrofa lotnicza, w której zginął jego ojciec. Aktor po latach mówił o tym jako o ogromnej tragedii i doświadczeniu, które go „zahartowało”. Wychowywany głównie przez mamę, wcześnie zrozumiał, że w domu się nie przelewa. Dlatego od najmłodszych lat szukał sposobów, by dołożyć się do domowego budżetu.

Od dzieciństwa miał w sobie ten „bajer”

Los sprawił, że mieszkał tuż obok wytwórni filmowej przy ul. Chełmskiej. To sąsiedztwo okazało się przepustką do świata kina. Sąsiadka, która statystowała w filmach, zabrała go na plan razem ze swoim synem. Miał ok. 10–12 lat, gdy po raz pierwszy stanął przed kamerą.

Po latach wspominał: „Mieliśmy po 10 lat i zarabialiśmy jak na tamte czasy, bardzo dużo pieniędzy. Mogłem kupić tyle cukierków czekoladowych, ile chciałem. [...] Pieniądze oddawałem mamie. Była moim bankiem, skarbonką”.

Każdą złotówkę skrupulatnie notował. „Byłem sprytny chłopak” – opowiadał. Marzył o kolarzówce. Po dwóch latach kupił sobie wymarzonego „jaguara”. Z filmowych zarobków potrafił też urządzić na podwórku mały „bankiet”, kupując kolegom i koleżankom czekoladowe cukierki.

Miał też swój sposób na zdobywanie zleceń. „Zleceniami dla statystów zajmowała się pani Maria. Przychodziłem do niej z bukietem polnych kwiatów i mówiłem: Dzień dobry pani. Robiło to na niej wrażenie i często brała mnie do statystowania” – wspominał aktor, który i później, na planie, wsławił się niesamowitym bajerem.

Nie masz cwaniaka nad Buczkowskiego

W podstawówce szybko zyskał opinię wesołego, dowcipnego chłopaka. Nauczyciele dostrzegali w nim talent sceniczny, a udział w szkolnych przedstawieniach tylko utwierdzał go w przekonaniu, że aktorstwo to jego żywioł.

Choć ukończył Technikum Mechaniczno-Elektryczne w Warszawie i zdobył konkretny zawód, coraz mocniej ciągnęło go do filmu. Równolegle trenował boks w Legii Warszawa – przez około trzy lata, w wadze średniej. Został nawet mistrzem Turnieju Pierwszego Kroku w Wołominie, z czego był bardzo dumny. Sport i warszawskie podwórko ukształtowały jego charakter, który później tak naturalnie przekładał się na ekranowy wizerunek twardego, ulicznego „cwaniaka”.

Casting, który zmienił wszystko

Przełom przyszedł przy okazji castingu do filmu Janusza Kondratiuka „Dziewczyny do wzięcia”. Buczkowski wpadł wtedy na pomysł, by zaśpiewać „Pieski małe dwa… si bon, si bon”. Ten gest przesądził o wszystkim – dostał rolę i pierwszą prawdziwą umowę aktorską.

Stawki były jasne: 375 zł dla zawodowego aktora i 50 zł dla amatora. Choć miał już na koncie wiele ról, nie został przyjęty do szkoły filmowej – jak wspominał, zabrakło miejsca, bo „ktoś miał wujka ministra i potrzebne było jedno miejsce”.

Po nieudanym egzaminie pocieszał go Jan Himilsbach. Miał stwierdzić, że szkoła tylko by go „zepsuła”, po czym zamówił „pół litra i dwa śledzie”. Po latach Buczkowski przyznawał, że były to prorocze słowa – propozycje ról zaczęły się mnożyć.

Sława po „Domu” i miłość na całe życie

Zawodowym przełomem okazał się serial „Dom”, w którym zagrał Heńka Lermaszewskiego. „Wspominam ten serial bardzo miło, bo przyniósł mi taką sławę i popularność, że otwierały się przede mną drzwi do każdego sklepu. Jak chciałem kupić lodówkę, czy pralkę nie było problemu”.

Miał sławę, spłynęło trochę gotówki, zaczęło się kolorowe życie. Młodzieńcze szaleństwa w klubach, gdzie polscy bigbitowcy grali Beatlesów, zakończył dopiero po trzydziestce. Wtedy, na zaaranżowanym przez rodzinę spotkaniu, poznał Jolę – miłość od pierwszego wejrzenia. To uczucie trwa do dziś. Doczekał się dwójki dzieci i pięciorga wnuków.

Historia Zbigniewa Buczkowskiego pokazuje, że za ekranowym luzem i charakterystycznym uśmiechem wciąż stoi ten mały, charakterny chłopak z Czerniakowa, który bardzo wcześnie nauczył się odpowiedzialności i życiowego sprytu.

Czytaj też:
Na co do kina w Walentynki? 7 mocnych pretendentów
Czytaj też:
Brad Pitt w filmach na Netflix i HBO Max. Nie musicie czekać na Cliffa Bootha