12 maja 1994 roku. W Cannes triumfuje Quentin Tarantino z „Pulp Fiction”, obrazem głośnym, bezwstydnie postmodernistycznym, rozsadzającym wszystkie reguły. Kilkaset metrów dalej, w tym samym festiwalowym zgiełku, swój ostatni film pokazuje Krzysztof Kieślowski. Mówi nim cicho, spokojnie, bez krzyku. Część krytyków wzrusza ramionami. Kilka lat później okaże się, że miał coś ważniejszego do powiedzenia, niż sądzili. „Trzy kolory. Czerwony” obchodzi właśnie 30. rocznicę premiery — światowej 12 maja, polskiej 27 maja 1994 roku.
„Trzy kolory. Czerwony” nie przyjął się dobrze. Był zbyt kameralny?
Trylogia „Trzy kolory” była pomyślana jako osobisty, filmowy komentarz do trzech haseł Wielkiej Rewolucji Francuskiej. „Niebieski” mierzył się z wolnością, „Biały” — z równością, „Czerwony” — z braterstwem. Co istotne, Kieślowski i jego scenarzysta Krzysztof Piesiewicz nie interesowali się ideami abstrakcyjnymi, ale ludźmi, którzy te idee muszą jakoś w życie wcielić, a potem jeszcze przeżyć.
Film zaczyna się przypadkową sytuacją. Valentine, młoda genewska modelka, potrąca samochodem psa. Zawozi go do weterynarza, a potem próbuje odnaleźć właściciela. Okazuje się nim Joseph, stary sędzia w stanie spoczynku, który całe dnie spędza na podsłuchiwaniu rozmów sąsiadów. Nie złośliwie, nie ze wścibstwa, raczej z głębokiej, nieuleczalnej ciekawości człowiekiem, połączonej z równie głębokim przekonaniem, że ludzkości nie można już ufać. Valentine jest oburzona, później zafascynowana, a jeszcze potem zrozumie, że sędzia jest kimś, kto widzi więcej, niż chce nam pokazać.
Brzmi jak kameralny dramat psychologiczny. Czy jest czymś znacznie większym? Rok 1994 był osobliwym momentem. Mury już dawno padły, żelazna kurtyna stała się eksponatem, a Europa z ulgą wracała do ideałów, które przez dekady mogła tylko deklarować. Wolność, równość, braterstwo — nareszcie na serio, nareszcie bez cudzysłowu. Pod powierzchnią coś jednak zgrzytało. Liberalizacja rynków, szybkie tempo zmian, poczucie, że coś ważnego ginie w pośpiechu transformacji. Że nowa Europa jest może wolna, ale niekoniecznie braterska.
W tym klimacie „Czerwony” brzmiał jak pytanie postawione zbyt wprost, żeby było wygodne: czy w świecie, w którym wszyscy obserwują wszystkich, a wszystko można podsłuchać — zostało jeszcze miejsce na prawdziwy kontakt między ludźmi? Na wspólnotę, która nie jest transakcją? Kieślowski nie dawał odpowiedzi. Dawał obraz i pozwalał widzowi posiedzieć i podumać nad tym obrazem w kinowych ciemnościach.
„Trzy kolory. Czerwony”. Kicz czy arcydzieło?
Opinie na temat „Czerwonego” po premierze były, delikatnie mówiąc, mieszane. Część krytyków zachłystywała się tym, że trylogia zamknęła się tak spójnie i tak pięknie wizualnie — z Irène Jacob na czele, której twarz stała się ikoną całego cyklu. „Najdojrzalszy i najładniej wykonany z serii. Kieślowski godnie zwieńczył trylogię” — pisali recenzenci na Filmwebie.
Inni mieli wątpliwości. „Zbyt nachalna symbolika, uczucie sztuczności” — takie głosy też się pojawiały. Metafizyczny wymiar historii, sieć przypadków, które zdają się sterowane przez jakąś wyższą siłę, to wszystko prowokowało zarzut o kicz, o New Age'izm w eleganckim opakowaniu.
Z perspektywy trzydziestu lat widać, że obie strony miały rację i żadna nie miała jej do końca. Może dlatego ten film wciąż jednak działa, że Kieślowski nigdy nie traci z oczu konkretnych, żywych ludzi — kobiety, która martwi się o psa i mężczyzny, który martwi się o wszystkich naraz, tylko nie o siebie. Nie ma przy tym większego znaczenia, że jedni do dziś upierają się, że do rozdmuchany do granic wyobraźni pseudo artystowski kicz, a inni, jak prestiżowy portal Metacritic, zbierający recenzje krytyków filmowych, w zestawienie najlepiej ocenianych filmów na drugim miejscu umieścił właśnie film Krzysztofa Kieślowskiego „Trzy kolory: Czerwony”.
Dziś, kiedy wiemy już, jak wygląda świat, w którym wszystko jest monitorowane, archiwizowane i analizowane — metafora sędziego przy radioodbiorniku robi inne wrażenie niż w 1994 roku i kiedy pytamy, czy w tak urządzonym świecie możliwe jest jeszcze braterstwo — pytanie Kieślowskiego przestaje być abstrakcją.
Kieślowski nie wiedział, że „Czerwony” będzie jego ostatnim filmem. Umarł w marcu 1996 roku, dwa lata po premierze. Kiedy obraz trafił do kin, zapowiadał już kolejne projekty. Historia zadecydowała inaczej.
Czytaj też:
Piszą, że to „jeden z najlepszych filmów gangsterskich XXI wieku”. Scenariusz napisał znany muzykCzytaj też:
Oto nowy film Pawła Pawlikowskiego! Ogłoszono datę premiery „Ojczyzny”
