Prawdziwi gangsterzy na planie i hotelowe libacje. Polski klasyk trafił na Netflix

Prawdziwi gangsterzy na planie i hotelowe libacje. Polski klasyk trafił na Netflix

Kadr z filmu „Wielki Szu”
Kadr z filmu „Wielki Szu” Źródło: archiwum Filmu / Forum
„Wielki Szu” był wspaniałą rozrywką, ale mało kto wie, że tego filmu bali się... milicjanci. Smaczki z planu wyciekły po latach.

Wciągająca od pierwszych sekund intryga, nieodparty urok kanciarzy arcymistrzów. „Wielki Szu” stał się hitem, o jakim nie śniło się jego twórcom. Nic dziwnego, od samego początku mieli z nim pod górkę.

„Wielki Szu”. Tytuł, który przykleił się do gwiazdy na zawsze

Zanim padło pierwsze „akcja”, reżyser już wiedział, że ma problem. Jego główny aktor nie umiał potasować kart. A miał zagrać największego szulera w historii polskiego kina. Tak w ogóle to Sylwester Chęciński nie chciał też robić filmu o hazardzie. Mówił wprost, że karty to w „Wielkim Szu” jedynie dekoracja. Prawdziwym tematem jest starzenie się, zmęczenie życiem i nieuchronna zdrada ucznia wobec mistrza. Gdy na planie w Wambierzycach pojawił się Jan Nowicki — przytyły, z przerzedzonymi włosami, z twarzą człowieka, który już dawno przestał się starać wygrywać — reżyser przywitał go jednym zdaniem: „Witaj, Szu”. Jakby wiedział, że ten wizerunek przylgnie do aktora na resztę życia. Miał rację.

Sam Nowicki miał z kartami poważny kłopot już od pierwszych dni zdjęciowych. Karty wypadały mu z rąk, układy się sypały, a każda scena karciana groziła kompromitacją. Scenarzysta Jan Purzycki znalazł jednak wyjście godne samego Szu: dopisał kwestię, w której bohater, demonstrując wachlarz kart, mówi spokojnie „całe życie uczyłem swoje ręce niezdarności”. To, co mogło zabić film, stało się jednym z jego najbardziej pamiętanych momentów.

Był jeszcze jeden problem z tymi wszystkimi scenami, w których Szu z nonszalancją żongluje kartami: to nie są ręce Jana Nowickiego. W bliskich ujęciach, gdzie palce wykonują zawodowe sztuczki, widzimy dłonie kogoś zupełnie innego — konsultanta z hazardowego półświatka, zatrudnionego specjalnie po to, by uwiarygodnić to, czego aktor fizycznie nie był w stanie odtworzyć.

Półświatek tak barwny i realny, że aż chciało się do niego wejść

Sam Nowicki nigdy nie ukrywał mieszanych uczuć wobec swojej najpopularniejszej roli. Szu stał się dla niego złotą klatką, rolą na tule rozpoznawalną, że męczącą. Po premierze ludzie zaczepiali go na ulicach nie po to, by rozmawiać o aktorstwie. Chcieli, żeby nauczył ich kantować w oczko albo pokazał, jak wyciągać asy z rękawa.

Scenarzysta Jan Purzycki nie wymyślił tej historii przy biurku. Przez długie miesiące bywał w zadymionych knajpach, przyglądał się ludziom z hazardowego podziemia PRL-u, studiował techniki manipulacji i psychologiczne gierki zawodowych oszustów. Prawdziwi Szu krążyli po Polsce, grali w karty i dawno przestali odróżniać dobro od zła.

Efekt tej pracy widać i słychać w każdej scenie. Zdjęcia w hotelu Monopol we Wrocławiu obrosły własną legendą. Realizm filmu był tak sugestywny, że milicja całkiem poważnie obawiała się, czy obraz nie stanie się podręcznikiem dla młodych kombinatorów. Prawdziwi gracze kręcili się w pobliżu planu, jakby wyczuwali pokrewieństwo.

Realizm tamtych czasów i tamtego środowiska wypływa także w najczęściej chyba cytowanym zdaniu całego filmu, które do dziś funkcjonuje w internetowych memach i komentarzach: „Graliśmy uczciwie. Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem. Wygrał lepszy”.

PRL-owski przebój powrócił. Tym razem na Netflix

„Wielki Szu” zarobił na siebie w trzy miesiące. Przy ówczesnych zasadach finansowania kina to wynik graniczący z cudem. Chęciński mówił, że zamiast czekać latami na standardowy zwrot kosztów, dostał czterokrotność przewidywanych wpływów, zanim zdążył się zorientować, że film w ogóle stał się hitem.

Mimo to sequel nigdy nie powstał. Scenariusze krążyły po wytwórniach, pomysły wracały przy różnych okazjach, ale śmierć części twórców, zmiana ustroju i obawy, że tamtego klimatu już się nie powtórzy sprawiły, że Szu pozostał jeden. Nieuchwytny, jak przystało na szulera.

Cztery dekady po premierze „Wielki Szu” trafił na Netflix. Nowe pokolenie widzów może przekonać się, że kultowe dialogi, zmęczony charyzmat Nowickiego i duszna atmosfera PRL-owskiego półświatka nie zestarzały się ani o dzień.

Czytaj też:
5 nowości dziś na Netflix! Wrócił ukochany w Polsce format!
Czytaj też:
Mocny thriller polityczny powraca. Ten film o PRL wciąż szokuje widzów

Źródło: WPROST.pl