Był jednym z najwybitniejszych aktorów w historii polskiego kina i telewizji. Potrafił w jednej chwili rozśmieszyć miliony widzów, by za moment pokazać dramat człowieka skrywającego ogromny ból. Roman Wilhelmi stworzył role, które przeszły do historii, ale jego życie prywatne dalekie było od szczęśliwego scenariusza. 6 czerwca aktor obchodziłby 90. urodziny.
Roman Wilhelmi sam o sobie mówił „niefajny facet”
Do dziś pozostaje symbolem talentu, którego nie dało się zamknąć w żadnych ramach. Charyzmatyczny, nieprzewidywalny, bezkompromisowy. Jednocześnie człowiek, który sam o sobie mówił bez złudzeń: „niefajny facet”.
Roman Wilhelmi od najmłodszych lat należał do dzieci, które sprawiały dorosłym więcej kłopotów niż powodów do dumy. Był niesforny, impulsywny i nieustannie pakował się w tarapaty. Jego brat wspominał po latach w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim”: „Obok naszego domu był sklep delikatesowy z ogromnymi szybami. Któregoś dnia Roman wdał się w bijatykę i wpadł w szybę, i do środka sklepu”.
Miał jednak coś, co pozwalało mu wychodzić obronną ręką z niemal każdej sytuacji. Niezwykły urok osobisty i naturalny wdzięk sprawiały, że trudno było się na niego długo gniewać.
Przełom nastąpił w szkole salezjańskiej w Aleksandrowie Kujawskim. To właśnie tam po raz pierwszy stanął na scenie. „Pamiętam do dziś szmer tamtej publiczności. Od chwili, gdy go usłyszałem, wiedziałem, kim chcę być” – mówił po latach.
„Rozsadzał mnie dynamit”. Dramaty aktora, których nie zobaczyliśmy na ekranie
Droga do kariery nie była jednak oczywista. Podczas egzaminów do warszawskiej szkoły teatralnej część komisji miała wątpliwości, czy młody kandydat poradzi sobie w zawodzie. Powód? Wzrost. Wilhelmi mierzył zaledwie 165 centymetrów, co dla niektórych egzaminatorów miało być przeszkodą nie do pokonania. Talent okazał się jednak silniejszy od stereotypów. Według krążącej przez lata anegdoty sam Aleksander Zelwerowicz miał powiedzieć o nim, że jest „największym talentem aktorskim, jaki objawił się po wojnie”.
Już podczas studiów zaczął występować na scenie, a po ich ukończeniu trafił do prestiżowego Teatru Ateneum. Ogromną popularność przyniosła mu rola Olgierda Jarosza w serialu „Czterej pancerni i pies". Widzowie pokochali go jako dzielnego czołgistę, jednak sam aktor miał do tej kreacji znacznie bardziej skomplikowany stosunek.
Nie chciał zostać zaszufladkowany. Marzył o rolach bardziej wymagających, mroczniejszych i niejednoznacznych. Frustracja rosła. „W pewnym momencie chciałem odejść z zawodu. Rozsadzał mnie dynamit, a gra w teatrze była zbyt stateczna” – wspominał.
Prawdziwy przełom przyniosły dopiero kolejne lata i role, które pozwoliły mu pokazać pełnię możliwości, a w historii polskiej telewizji niewielu aktorów stworzyło tak imponującą galerię postaci.
Wilhelmi zachwycał jako Robert Fornalski w „Zaklęte rewiry”, a prawdziwą legendą stał się dzięki rolom Stanisława Anioła w kultowym serialu „Alternatywy 4” oraz Nikodema Dyzmy w "Kariera Nikodema Dyzmy". O tej ostatniej postaci mówił z wyjątkową szczerością.
„To naprawdę wspaniała postać, ponieważ naprawdę gram swoje marzenia. Ja bym Dyzmą chciał być i wiem, że nigdy bym nie był, bo nie mam ku temu okazji”. To właśnie dzięki takim rolom na stałe zapisał się w historii polskiej kultury.
„Roman miał dwa oblicza”. Uwielbiany przez widzów, trudny w życiu
Za ekranowym magnetyzmem krył się jednak człowiek pełen sprzeczności. Biografka aktora, Magda Jaros, pisała w książce „Anioł i twardziel. Biografia Romana Wilhelmiego”:
„Tacy mężczyźni jak Roman Wilhelmi mnie irytują. Choć zawodzą, krzywdzą, wybacza im się wiele. Może nawet za wiele? […] Kiedy więc zaczęłam pracę nad tą książką, byłam rozdarta. Niełatwo jest połączyć dwie skrajne emocje: niechęć z fascynacją”.
Wilhelmi słynął z romansów, wybuchowego charakteru i skłonności do przekraczania granic. W środowisku artystycznym krążyły liczne opowieści o jego burzliwym życiu uczuciowym.
Jedną z nich wspominała aktorka Iwona Bielska: „Dzwonił do mnie do akademika i mówił: »Jeśli natychmiast nie przyjedziesz, to skoczę z balkonu, bo właśnie stoję na balustradzie«. Rozstaliśmy się po dwóch czy trzech latach…”.
Szczególnie poruszające wspomnienia pozostawiła jego druga żona, Marika Kollar. „Roman miał dwa oblicza: jedno – to śmiejące się – dla świata zewnętrznego i jedno – to płaczące – w życiu prywatnym. W momentach załamania, wątpliwości — i tylko w naszych czterech ścianach — pozwalał sobie na pokazywanie swojego smutnego oblicza. […] Dla niego wyjechałam z Budapesztu. Gdy stał się popularny, rozpił się”.
Za kulisami sukcesu krył się człowiek zmagający się z własnymi słabościami, samotnością i coraz większym uzależnieniem od alkoholu. Do legendy przeszła nawet anegdota o techniku teatralnym, który miał usprawiedliwić nieobecność aktora przed żoną, podając się przez telefon za lekarza. „Ja, doktór ordynatór” – powiedział podobno do słuchawki. „Boże, źle obsadziłem…” – miał skomentować później rozbawiony Wilhelmi.
Wilhelmi — talent, który nie zdążył się zestarzeć
Roman Wilhelmi często powtarzał, że linia jego życia jest długa. Planował kolejne role, snuł ambitne zawodowe plany i nie zamierzał zwalniać tempa. Los zdecydował inaczej.
Aktor zmarł w listopadzie 1991 roku na raka wątroby, zaledwie kilka miesięcy po 55. urodzinach. Został pochowany na Cmentarzu Wilanowskim w Warszawie.
Choć od jego śmierci minęły dziesięciolecia, kolejne pokolenia widzów wciąż wracają do jego kreacji. Stanisław Anioł, Nikodem Dyzma czy Olgierd Jarosz nie są już tylko bohaterami seriali. Stały się częścią polskiej kultury i być może właśnie dlatego Roman Wilhelmi pozostaje aktorem wyjątkowym. Nie był bohaterem bez skazy. Był człowiekiem pełnym wad, błędów i sprzeczności. Jednocześnie jednym z największych talentów, jakie pojawiły się w historii polskiego ekranu.
Czytaj też:
Największe hity z Tomem Hanksem. Te filmy obejrzysz teraz onlineCzytaj też:
Jego coming out wstrząsnął Polską. Wszyscy mieli go za amanta
Roman Wilhelmi
