Katarzyna Burzyńska-Sychowicz „Wprost”: Na Prime Video dostępny jest 3-odcinkowy serial dokumentalny o tobie. Podobno wielu jego reżyserów nie podołało pracy z tobą – to prawda czy plotki?
Doda: Sama te plotki rozsiewałam. Chociaż jeden faktycznie uciekł. Był fajny, więc próbowałam jeszcze do niego dzwonić, przekonać: Daj spokój. Przyzwyczaisz się. Z moim menadżerem znamy się dwadzieścia pięć lat, on cierpi na syndrom sztokholmski i mimo że jestem jego katem, a on ofiarą, to mnie kocha, a ja jego. Ale on nie łapał tych żarcików. Co do samego dokumentu – negocjowałam ten kontrakt dwa lata.
Chodziło o wynagrodzenie, ludzi, którzy mieli nad nim pracować czy o to, co w tym dokumencie zostanie pokazane?
O to, co i jak będzie pokazane. Bardzo mi zależało, żeby ekipa się nie bała, nie chciała nad nikim, łącznie ze mną, roztaczać parasola ochronnego. Chciałam mieć wolność opowiadania mojej historii bez cenzury.
Jaką ciebie ostatecznie w nim widzimy?
Ostatecznie prawnicy podeszli mniej entuzjastycznie, a mnie zobaczysz dojrzalszą, taką, która przepracowała swoje traumy i już się nie spala. Ale też nie ma we mnie dyplomacji, kalkulacji czy instynktów samozachowawczych; po prostu opowiadam o swoim życiu.
Co z tej opowieści usunęłaś, czego nie chciałaś pokazywać?
Wycinałam jak najwięcej facetów, bo zabierali mi czas antenowy na rzecz tego, co ma dla mnie znaczenie – chciałam opowiadać o mojej pracy i pasji, bo przez niezdrową podnietę ludzi na obyczajówkę: tylko prywata, prywata, więcej prywaty! – niewiele osób kieruje uwagę na to, jak ciężko haruję od 25 lat na scenie, dając z siebie wszystko, robiąc show.
Ciebie jeszcze obchodzi, jak ludzie cię postrzegają, jaki masz wizerunek?
Zależało mi, żeby ten film nie był powielaniem stereotypów na mój temat, chciałam pokazać inną stronę mojego życia. Nie chciałam też, żeby eksperci z przysłowiowej dupy wygłaszali swoje hipotezy na mój temat, bo gówno o mnie wiedzą; zresztą takich filmów o mnie już powstało setki. Dlatego też zaprosiłam kamery do mojego domu, do moich rodziców.
Twoi rodzice nie mieli obiekcji, żeby w tym filmie wystąpić?
Nie, bo to, że powstaje film o mnie, rozpatrywali jako mój ogromny sukces. Chcieliśmy wspólnie poopowiadać, pokazać kawałek mojego dzieciństwa, miejsca, gdzie dorastałam – to wszystko jest ważne. Moi rodzice są moim fundamentem i filarem, to dzięki nim nie powiesiłam się w ciągu ostatnich dwudziestu lat.
W filmie pojawiła się też Nina Terentiew, która nazwała cię potworem. Kiedy nim jesteś?
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
