Recenzja filmu „Czas krwawego księżyca”. Ponad trzygodzinny seans pozbawiony duszy i głębszego sensu

Recenzja filmu „Czas krwawego księżyca”. Ponad trzygodzinny seans pozbawiony duszy i głębszego sensu

„Killers of the Flower Moon”
„Killers of the Flower Moon”Źródło:Apple TV
Film „Czas krwawego księżyca” to ponad trzygodzinna historia pozbawiona tego, co powinno być w niej najważniejsze. Dlaczego Martin Scorsese opowiada nam więcej o białych, złych mężczyznach niż o Osagach, o których miał być ten film?

Wszyscy miłośnicy kina z pewnością czytali wypowiedzi Martina Scorsese, który stwierdził, że jak jesteśmy w stanie wysiedzieć 5 godzin przed serialem, to nie powinniśmy narzekać na długość jego filmów. Fanom chyba nie do końca chodzi jednak o to, że nudzi ich oglądanie tak długiej produkcji, tylko fakt, że filmy Martina Scorsese wcale takie długie być nie muszą. Co więcej, mam wrażenie, że w przypadku „Czasu krwawego księżyca”, byłby on lepszy, gdyby był krótszy i gdyby pokazano nam nieco mniej Leonardo DiCaprio, a więcej osób z plemienia Osagów.

Doceniam Martina Scorsese za to, że w wieku 80 lat wciąż chce mu się pracować, a przede wszystkim, że stara się robić filmy ważne. Dobrze wiemy jednak, że ma on tutaj dość mocną przewagę – firmy produkcyjne mogą przeznaczyć na jego projekty miliony dolarów, bo, nawet jeżeli nie przyniosą one zysków, w kinach ich nazwy pojawią się obok nazwiska czołowej postaci tzw. „Nowej ery Hollywood”, uważanego za jednego z najbardziej znaczących i wpływowych reżyserów w historii kina. W „Killers of The Flower Moon” Scorsese z pewnością wykorzystuje tę dominację – wedle przekazów medialnych budżet obrazu opiewał na kwotę 200 mln dolarów i był to najdroższy film w historii, kręcony w amerykańskim stanie Oklahoma.

W filmie mamy też do czynienia z całą plejadą gwiazd, którzy z przyjemnością występują u Martina Scorsese. Po raz szósty z reżyserem współpracował tutaj Leonardo DiCaprio, a po raz dziesiąty Robert DeNiro. W drugoplanowych rolach w „Czasie krwawego księżyca” zobaczymy z kolei takie sławy jak Brendan Fraser, Jesse Plemons, Lily Gladstone, Larry Selleers (aktor zmarł w grudniu 2021 roku), John Litgow, Scott Shepherd czy Tantoo Cardinal. Mamy tu także świetnych graczy poza kulisami – wraz z Scorsese scenariusz do filmu napisał sam Eric Roth, znany z hitów takich jak „Forrest Gump”, „Ciekawy przypadkiem Benjamina Buttona”, „Narodziny gwiazdy” czy „Zaklinacz koni”.

Co zatem mogło się nie udać, gdy mamy projekt wypełniony takim gronem utalentowanych ludzi? Moim zdaniem filmowi zabrakło duszy, a mimo, że trwał on trzy godziny i było na to mnóstwo czasu, Martinowi Scorsese nie udało się to, co najważniejsze – pokazanie widzom szerokiej perspektywy osób, które w tej historii powinny mieć do powiedzenia najwięcej, czyli samych Osagów. Niestety odniosłam wrażenie, że niepotrzebnie oglądamy tę historię głównie z perspektywy bohatera Ernesta Birkharta, który miota się pomiędzy tym, co dobre, a co złe, aż do ostatnich minut filmu, co momentami jest dość nudne i naprawdę ma się wrażenie zmarnowanego potencjału filmu. I chociaż ciężko tutaj przyczepić się do Leonardo DiCaprio, który wciela się w tę postać – jego gra aktorska, jest jak zwykle świetna, to jednak nie pokazuje nam on już niczego, czego nie widzieliśmy w jego wykonaniu już wcześniej. W trakcie seansu przypominały mi się wręcz jego podobne role, także u Scorsese. Na dużą pochwałę w kontekście swojego ekranowego wcielenia Williama Hale'a zasługuje niewątpliwie Robert DeNiro, który świetnie gra mężczyznę pozbawionego zasad moralnych, a jednocześnie utrzymującego pozory przyjaciela Osagów, to jednak chciałabym zobaczyć w głównych rolach w tym filmie aktorów, którzy nie kojarzą mi się z podobnymi charakterologicznie postaciami ze starszych produkcji.

Być może właśnie dlatego, kiedy na scenie pojawia się Jesse Plemons, grający agenta FBI, John Litgow w roli prokuratora czy Tantoo Cardinal, jako Lizzie Q – bogata matka kobiet z plemienia Osagów, w których rodzinę wżenia się postać grana przez DiCaprio – zaczynamy czuć bardziej wartką akcję. Scorsese jednak niestety nie pokazuje nam zakulisowo śledztwa Federalnego Biura Śledczego, ale przede wszystkim nie opowiada moim zdaniem w wystarczający sposób historii samych Osagów. I gdyby nie fantastycznia Lily Gladstone, która swoją rolą Mollie Burkhart dosłownie uniosła cały ten spektakl i nadała mu wrażliwości, byłabym bardzo zła na ten film. Brakowało mi większego skupienia się twórców na jej perspektywie, tak jak i innych osób z plemienia, o których miał on w końcu być. Więcej tego dostałam choćby podczas seansu filmu „Wichry namiętności” Edwarda Zwicka z 1994 roku, w którym również zagrała Tantoo Cardinal, mimo że historia rdzennych Amerykanów była w nim poboczna.

W trakcie oglądania „Czasu krwawego księżyca” miałam niestety wrażenie, że jestem nagle wrzucona w rzeczywistość, której, chociaż bardzo chcę, to do końca nie rozumiem. Dlaczego nie poznaliśmy w tym filmie dokładnej historii tego plemienia? Dlaczego nie dowiedzieliśmy się, jak kształtowały się regulacje zawarte przez rząd amerykański z mieszkańcami rezerwatu? Dlaczego tak często w filmie perspektywa rdzennych Amerykanów wydaje się być pomijana, a zamiast tego oglądamy miotającego się pomiędzy pieniędzmi, a miłością DiCaprio? Kiedy Scorsese mówił w wywiadach, że to ważny film, który należałoby obejrzeć na dużym ekranie, spodziewałam się, że w „Czasie krwawego księżyca” zagłębimy się w historie plemienia, o którym przeciętny człowiek wie niewiele, zobaczymy z ich perspektywy rozdzierający ból straty bliskich, odebrania im – często bezpowrotnie – tożsamości i kultury. Zrozumiemy ich samych i realia, w jakich przyszło im żyć. Niestety ten film, mimo że trwał ponad trzy godziny, więcej opowiedział mi o rasistach, pazernych, złych ludziach, dla których rdzenni Amerykanie byli nikim. W moim przekonaniu ta perspektywa przy takim ważnym temacie, jest niewystarczająca i nieco nietaktowna.

Czytaj też:
„Czas krwawego księżyca”. Kiedy najlepiej pójść do toalety podczas sensu filmu? Podpowiadamy!
Czytaj też:
Martin Scorsese odpowiada hejterom. „Potraficie siedzieć przed telewizorem przez 5 godzin”

Źródło: WPROST.pl