„Griselda” przyciągnie i rozczaruje tłumy. Recenzja serialu

„Griselda” przyciągnie i rozczaruje tłumy. Recenzja serialu

Sofia Vergara jako „Griselda”
Sofia Vergara jako „Griselda” Źródło: Netflix
Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcom „Narcos” przy „Griseldzie” zabrakło serca. I wyszło to, z czym ostatnio mamy często do czynienia. Serial, który najwytrwalsi obejrzą raz, a potem o nim zapomną.

„Griselda” to jeden z pierwszych głośnych tytułów Netfliksa w 2024 roku. Tej premiery wyczekują nie tylko miłośnicy mafijnych opowieści, historii opartych na faktach czy fani „Narcos”, ale też masa osób, którzy pokochali Sofię Vergarę w „Modern Family” i są zaintrygowani jej przemianą w baronessę narkotykową. Produkcja zadebiutuje na platformie streamingowej już w czwartek 24 stycznia.

Fabularyzowany serial od showrunnera Erica Newmana i reżysera Andresa Baiza, osadzony jest w latach 70. i 80. ubiegłego wieku w Miami i opowiada o tytułowej bohaterce Griseldzie Blanco, znanej też jako La Madrina czy Czarna Wdowa. Kolumbijka miała zasłużyć również na przydomek „matka chrzestna”, a bać się jej miał sam Pablo Escobar. W tym serialu mieliśmy dowiedzieć się, jak Blanco udało się wznieść na szczyt i zbudować narkotykowe imperium oraz, co sprawiło, że wypadła z gry.

Problem z serialami o prawdziwych zbrodniarzach polega na tym, że widz nie chce z nimi sympatyzować. Aby tego typu historie nas wciągnęły, twórcy powinni już na etapie tworzenia scenariusza skupić się na rozwinięciu osobistej drogi danej postaci, za którą naturalnie podążymy, nawet jeżeli nie pochwalamy jej zachowania. Pomijając legendarne figury, jak Hannibal Lecter z „Milczenia owiec” czy cała rodzina Corleone z „Ojca chrzestnego, wymienić tu możemy choćby Joe Exotica z „Króla tygrysów”, Pablo Escobara ze wspomnianego „Narcos” czy nawet Andrew Cunanana z „Zabójstwa Versace”. W „Griseldzie” niestety tego zabrakło.

Serial jest denerwująco nierówny. Podczas, gdy pierwszy odcinek spodoba się pewnie każdemu – od razu widz zostaje w nim wrzucony w akcję i zastanawia się nad motywami głównej bohaterki, poznaje ją, doszukuje się sensu – to „im dalej w las”, tym gorzej i dla Griseldy i dla całej produkcji. Oglądając serial trudno nie odnieść wrażenia, że brakowało na niego pomysłu – niektóre wątki są niepotrzebnie rozciągane w nieskończoność, inne, ważniejsze kwestie, główni bohaterowie rzucają mimochodem i nagle na ekranie coś się dzieje, a my nie jesteśmy pewni, co i dlaczego. Niezmordowanie bohaterowie powtarzają też przez kilka odcinków, że Griselda Blanco jest nazywana „matką chrzestną” i wszyscy się jej boją – z fabuły i słów innych bossów w ogóle jednak to nie wynika. Przez długi czas trudno zrozumieć, skąd ten przydomek, skoro jeszcze niczego nie udało się jej dokonać. Tak, jakby twórcy bali się, że czegoś jest za mało, musi to zostać dopowiedziane i kilka razy powtórzone, aby zapadło nam w pamięć. Myślałam też, że dowiemy się, dlaczego bał się jej Escobar, ale serial mimo, że wprowadza to w pierwszym odcinku cytatem, nie rozwija tego wątku.

„Griselda”

Pod koniec drugiego odcinka i na początku trzeciego robi się już bardzo nieciekawie, pojawiają się schematy, które z mojej perspektywy aż obrażają widza. Przykładem może być tu chociażby wątek policji, która próbuje, podobnie, jak w „Narcos”, rozpracować narkotykowe kartele. Tam mieliśmy agentów Javiera Penię, granego przez Pedro Pascala i 

Steve'a Murphy'ego, w którego wcielał się Boyd Holbrook, którzy grali charyzmatycznie, a historie ich życia były dokładnie nakreślone. Bardzo cieszy to, że w „Griseldzie” mężczyzn w służbach, zastąpiono kobietą. I chociaż z pewnością wiele kobiet w tych czasach i takim środowisku nie miało łatwo, tak schematyczne wprowadzanie bohaterki June do serialu znów zdaje się być policzkiem. Wcielającej się w nią Julianie Aiden Martinez nie można odmówić aktorskiego talentu, jednak mamy tutaj samotną matkę, która nigdy nie pojawia się na treningach syna, a do tego nie jest brana na poważnie przez kolegów z pracy. Wątek feministyczny, który miała wprowadzać, kończy się wybawieniem jej przez mężczyznę, który proponuje jej pracę i w końcu patrzy na nią, jak na równą sobie. Motyw zbawcy odhaczony! W kontekście June szczególnie zapadła mi też w pamięć scena jej pościgu za jednym ze „złych gości”. Kiedy zrobiło się ciekawie, twórcy postanowili ją przerwać i nie pokazywać nam całości, a potem w nowej scenie opowiedzieć nam, jaki ta sytuacja miała finał.

„Griselda”

Ale wróćmy do samej Sofii Vergary, dla której miała to być przełomowa rola po tym, jak kojarzona jest wyłącznie z komediowymi kreacjami, głównie ze względu na graną przez lata postać Glorii we „Współczesnej rodzinie”. Podziwiam zaangażowanie aktorki w ten projekt – mówiła w wywiadach, że przygotowywała się do tej roli przez ponad 10 lat i jestem pewna, że ciężko było jej udowodnić całemu przemysłowi, że jest w stanie zagrać postać tak odmienną, niż te, z których ją znamy. Są w „Griseldzie” momenty, że jest ona bardzo przekonująca, a widzowie będą mieli ciarki na ciele po jej pokrzepiających do walki monologach. W innych jednak zdaje się być prawie karykaturą Griseldy Blanco i trudno nie odnieść wrażenia, że to wszystko przez charakteryzację. Nie rozumiem jaki sens miało „pobrzydzenie” aktorki do tej roli, jeżeli nawet nie przypomina ona oryginalnej baronessy narkotykowej. Uratować w tym wypadku może twórców to, że mało kto pewnie wie lub pamięta, jak faktycznie wyglądała kobieta. Większy nos, dziwne kości policzkowe, a w rezultacie nienaturalna mimika bohaterki, tylko przeszkadzają Sofii Vergarze w budowaniu ekranowej autentyczności. Biorąc pod uwagę montaż serialu, charakteryzację i scenariusz, jasne jest jednak dla mnie, że aktorka zrobiła wszystko, co mogła, aby wyszło jak najlepiej.

Sofia Vergara jako „Griselda”

Jeżeli na „Griseldę” trafią fani produkcji z dużą ilością krwawych scen, nie zawiodą się, w serialu jest tego od groma. Twórcy, podobnie jak w „Narcos”, nie boją się pokazywać makabry, jaka towarzyszy temu stylowi życia. Jednocześnie jednak przez większą część serii być może nieświadomie usprawiedliwiają zachowanie Griseldy, robiąc z niej bohaterkę, którą motywuje walka o dobro swoich dzieci i wszystkich uciemiężonych kobiet. Jej zachowanie potępione zdaje się być dopiero wtedy, gdy sama zaczyna być uzależniona od narkotyków i ogarnia ją paranoja, która sprowadza ją na samo dno. Serial nie daje nam też odpowiedniego zakończenia – zamiast pokazać nam, co działo się z Griseldą Blanco u kresu jej dni, dostajemy od twórców traktującą o tym notatkę. Chociaż nie razi mnie takie rozwiązanie w przypadku niektórych filmów i dokumentów, w fabularyzowanym serialu o baronessie narkotykowej, od twórców „Narcos”, w którym tytułem jest jej imię, spodziewać można byłoby się lepszego, mocnego i wzbudzającego więcej emocji, domknięcia całej „biografii”.

Czytaj też:
Rozpiska premier na Netflix w tym tygodniu. 10 nowych seriali i filmów
Czytaj też:
Lista dobrych nowości stycznia 2024 na Netflix. To warto obejrzeć

Źródło: WPROST.pl