Film w reżyserii Josha Safdiego, który od piątku, 30 stycznia, możemy oglądać w polskich kinach, już zrobił furorę na świecie. Produkcja nie tylko zebrała entuzjastyczne recenzje, ale też zgarnęła imponującą liczbę nagród oraz nominacji – od Oscarów, przez BAFTA, po Złote Globy. Rola Timothéego Chalameta w „Wielkim Martym” określana jest przez krytyków na całym świecie jako „definiująca jego całą karierę”, bardziej niż choćby jego wcielenie się w Paula Atrydę w „Diunie”. Trzydziestolatek porównywany jest do legend kina, a jego trzecia nominacja do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej w kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy” (pierwszą zdobył w 2018 roku za „Tamte dni, tamte noce”, a drugą w 2025 roku za „Kompletnie nieznanego”), uczyniła go najmłodszym aktorem z trzema takimi wyróżnieniami od czasów Marlona Brando.
7 lat treningów
Nie ma już chyba wątpliwości, że Chalamet należy do grona aktorów gotowych na każde wyzwanie i traktujących każdą rolę z należytym szacunkiem do bohatera. W 2025 roku szeroko komentowano fakt, że aby wcielić się w Boba Dylana, nauczył się grać na gitarze i śpiewać. Jeszcze bardziej imponujące jest to, że do roli „Wielkiego Marty'ego” przygotowywał się przez 7 lat – naukę tenisa stołowego rozpoczął już w 2018 roku. Stół do ping-ponga miał ze sobą na pustynnym planie „Diuny”, jak i podczas realizacji „Kuriera Francuskiego z Liberty, Kansas Evening Sun”. Jak sam mówił – chciał być pewien tego, że dla miłośników tej dyscypliny, jego gra będzie wyglądała wiarygodnie. I rzeczywiście – wygląda.
Czytaj też:
Klapa roku? Ambitny polski film boleśnie rozczarowuje widzów w kinach
Pomarańczowy marketing
Wszystko w tym filmie jest szaloną jazdą po bandzie. Podobnie bezkompromisowe były działania promocyjne wytwórni A24, która odpowiadała za „Marty Supreme”. Studio zastosowało niekonwencjonalną strategię marketingową – zamiast inwestować w tradycyjne spoty telewizyjne czy występy w talk-show, zanurzyło się w „kulturę internetu”, wywołując ogromny szum wokół filmu.
