11 maja 1943 roku przyszedł na świat człowiek, który już kilkanaście lat później wszedł do warszawskich kanałów jako łącznik „Zefir” i wyszedł jako jedna z największych postaci polskiego filmu, teatru i telewizji. Jan Englert kończy dziś 83 lata, co w jego przypadku niewiele znaczy, bo jak sam o sobie mówi, jest długodystansowcem.
Rower za Wajdę? Tak zaczynała ikona polskiego teatru
Miał trzynaście lat, gdy szkolny nabór rzucił go na plan „Kanału". Andrzej Wajda szukał drobnego, odważnego chłopca do roli łącznika w podziemnych korytarzach powstańczej Warszawy. Englert pasował. Wspominał po latach, że na planie nie do końca rozumiał, w czym bierze udział, nie pojmował ciężaru gatunkowego całego przedsięwzięcia. Dla niego była to wielka przygoda, a co ważniejsze, podobno, jak głosi anegdota, zapewniała zarobek wystarczający na kupno wymarzonego roweru. To, że przy okazji wszedł do historii polskiego kina, dotarło do niego znacznie później.
Zanim scena stała się jego domem, kopał piłkę z prawdziwym zaangażowaniem. Sport wyrobił w nim dyscyplinę, która przez kolejne dekady stała się jego znakiem rozpoznawczym, a w środowisku teatralnym obrosła legendami. Jako dyrektor Teatru Narodowego podobno potrafił zamknąć drzwi do sali prób dokładnie o wyznaczonej godzinie. Spóźniony aktor nie wchodził, Englert sam zjawiał się zawsze pierwszy.
Jan Englert — amant, który walczył z własną twarzą
W latach 70. i 80. był idolem niemalże totalnym: twarz z pierwszych stron gazet, Mundek w „Domu”, Karol w „Nocach i dniach”, seria ról, po których kobiety mdlały, a krytycy zastanawiali się, co zrobić z tym fenomenem. Łatka „pięknoducha” przyklejona do aktora o tak wyrazistej urodzie bywa wyrokiem i Englert to wiedział. Odpowiedział na nią konsekwentnie, wybierając role coraz bardziej skomplikowane psychologicznie, coraz dalej od romantycznego wizerunku utrwalonego na szklanym ekranie. Ryszard III w 1993 roku, Król Lear, Konrad w „Wyzwoleniu” Dejmka. Teatr jako odpowiedź na telewizję, warsztat jako argument w sporze z wyglądem.
Często powtarzał, że „aktorstwo to nie jest zawód dla pokornych, ale wymaga pokory wobec tekstu”. To zdanie wiele mówi o człowieku, który przez całą karierę traktował scenę z rodzajem skupionego szacunku, nieodległego od nabożności.
Aż w końcu nadszedł pożegnalny Hamlet
Od 2003 roku kierował Teatrem Narodowym, przez 22 lata, przez pożar w 2009 roku i mozolną odbudowę, przez setki premier i zmieniające się ministerstwa. W sierpniu 2024 roku ogłosił, że kończy, bo sam tak postanowił i nie dlatego, że ktokolwiek go do tego skłonił. Pożegnalnym spektaklem był „Hamlet” z premierą w kwietniu 2025 roku, nagrodzony Nagrodą im. Cypriana Kamila Norwida za całokształt, za dzieło życia. Media wychwyciły natychmiast, że w obsadzie znalazły się żona i córka Helena, że to przejaw nepotyzmu gwiazdora, boga niemalże teatru, przez który musiał opuścić dyrektorski stołek. Teatr odparł, że to autorska decyzja na pożegnanie z ukochaną scenę. Englert, który przez całą karierę robił to, co uważał za słuszne i tym razem pozostał sobą.
Przez 83 lata, przez ponad trzy dekady u boku ukochanej żony, Beaty Ścibakówny, mając na koncie ponad 150 ról scenicznych, nagrodzonych m.in. Nagrodą im. Aleksandra Zelwerowicza, wyreżyserowanych ponad 30 spektakli teatralnych i 35 w Teatrze Telewizji, wciąż jest nie tylko artystą, ale wręcz instytucją polskiej kultury i sztuki.
Czytaj też:
Nowy belgijski kryminał podbija streaming. Zbrodnia w sześciu odcinkach już onlineCzytaj też:
Od 2022 roku ten serial oglądają wszyscy. Mamy zapowiedź finału
Jan Englert kończy 83 lata
