Urodziła się w 1941 roku w małej wsi pod Łodzią. Gdyby urodziła się później, byłaby jedną z najbardziej rozchwytywanych polskich celebrytek. Barbara Brylska przez dekady była twarzą i ciałem, na które czekały miliony widzów. Dziś, kiedy wspomina się jej nazwisko, wciąż w pierwszej kolejności pada słowo „seksbomba”. Rzadziej pada słowo „aktorka”.
Barbara Brylska została „seksbombą” i za to zapłaciła. „Miałam nieprzyzwoite propozycje od mężczyzn”
Był rok 1966. Jerzy Kawalerowicz kręcił monumentalnego „Faraona” i potrzebował kobiety, która ucieleśni pożądanie w starożytnym Egipcie. Wybrał Brylską. Jej Kama — kapłanka, kobieta-symbol, ciało ofiarowane na ołtarzu narracji — stała się pierwszą wielką rolą aktorki i jednocześnie pułapką, z której nigdy w pełni się nie wydostała.
— Po premierze miałam nieprzyzwoite propozycje od mężczyzn — mówiła, przyznając, że od tamtej chwili branżaa filmowa, media i widownia patrzyły na nią przede wszystkim przez pryzmat urody, nie aktorskiego rzemiosła.
System PRL-owskiego kina miał jasno określone zapotrzebowanie: potrzebował kobiet, które przyciągną do kin widzów zmęczonych produkcyjną propagandą. Brylska, obok Kaliny Jędrusik, Barbary Kwiatkowskiej-Lass czy Poli Raksy, wpisała się w tę rolę, nie zawsze z własnej woli.
Krytycy i filmowcy szybko znaleźli dla niej porównanie zrozumiałe dla każdego: „polska Brigitte Bardot”. Inni mówili o „socjalistycznym skrzyżowaniu Bardot z Catherine Deneuve". Brylska przyznawała, że to określenie lubiła, bo oznaczało, że jest widziana. Nie dopowiadała, że widziana wyłącznie w jeden sposób.
Rola Krysi Drohojowskiej w „Panu Wołodyjowskim” Jerzego Hoffmana z 1969 roku uczyniła z niej supergwiazdę. Romantyczna kochanka szlachcica w wykonaniu Brylskiej miała w sobie coś nieosiągalnego — piękno niepasujące do szarej rzeczywistości późnego Gomułki. Właśnie to niepasowanie było jej największym atutem w oczach producentów.
Prawdziwy paradoks kariery Brylskiej rozegrał się poza granicami Polski. W 1975 roku Eldara Riazanowa obsadził ją w roli Nadieżdy w „Ironii losu, czyli strasznym śnie na święta Bożego Narodzenia” — radzieckiej komedii romantycznej, która do dziś jest obowiązkowym seansem sylwestrowym w Rosji i krajach byłego ZSRR. Brylska stała się tam kimś więcej niż gwiazdą filmową. Stała się mitem.
Sam wybór miał znamiona geopolitycznego symbolu: najpiękniejsza Polka gra w najważniejszym świątecznym filmie ZSRR. „Mięsista ambasadorka” — napisał ironicznie jeden z kulturoznawców, opisując mechanizm, w którym kobiecość Brylskiej służyła podkreśleniu „intymnej więzi” między krajami bloku.
Ikona ekranu przeżyła wielką tragedię. Od tej pory nie była już sobą
Sama Brylska wielokrotnie próbowała rozmawiać o sobie inaczej. W wywiadach powtarzała, że „uroda to tylko punkt startu, a nie gotowy kredyt”, że liczy się praca i talent, nie sam wygląd. Przyznawała też, że nie miała wysokiego mniemania o własnej urodzie i że „ikonę” zbudował system: plan filmowy, kamera, media i nachalne zaproszenia, a nie jej samoocena.
Na planie, w wywiadach, podczas publicznych spotkań — zawsze prezentowała się z tą samą klasą. Mówiono o niej, że „przemawia, jak się mówi na wielkim ekranie". Elegancja, kultura osobista, powściągliwość. Cechy, które paradoksalnie rzadko pojawiały się w artykułach na jej temat, bo te wolały skupiać się na czymś zupełnie innym.
Życie prywatne Brylskiej było dalekie od ekranowego. Trzy małżeństwa, rozstania, wyjazd z Polski w połowie lat osiemdziesiątych — aktorka szukała ustabilizowanego życia poza krajem, choć regularnie wracała przed kamery.
Wszystko to zbladło wobec tragedii z 1993 roku. W wypadku samochodowym zginęła jej siedemnastoletnia córka Barbara. Znajomi i współpracownicy wspominają, że po tej stracie Brylska niemal zniknęła z życia publicznego. Pojawiała się rzadziej, mówiła mniej. Blask, który przez dekady był jej znakiem rozpoznawczym, przygasł w sposób, którego żadna kamera nie była w stanie naprawić.
Mechanizm, który uruchomił się w 1966 roku na planie „Faraona” nie wyłączył się ani po transformacji ustrojowej, ani po dekadach od ostatniej wielkiej roli. Media po 1989 roku kontynuowały ten sam wzorzec: kobieta, której wartością jest najpierw ciało, potem „historia seksualna”, a warsztat aktorski — jeśli w ogóle — gdzieś na końcu.
Jeszcze dziś jedno zdjęcie z „Faraona” lub „Pana Wołodyjowskiego” wystarczy, by nowe pokolenia widzów natychmiast wiedziały, kto jest „seksbombą PRL-u". Rzadziej wiedzą, że ta sama kobieta zagrała w ponad dwudziestu filmach fabularnych, że była doceniana przez reżyserów z pięciu krajów i że jej kreacje aktorskie — nie tylko uroda — sprawiły, że kino tamtych lat w ogóle ktokolwiek pamięta.
Barbara Brylska miała wszystko, czego system od niej oczekiwał: twarz, ciało i umiejętność grania kobiet pożądanych. To, czego system nie potrafił jej zaoferować w zamian, to prawo do bycia widzianą w pełni. Jako aktorka. Nie jako ikona. Nie jako seksbomba. Jako człowiek.
Czytaj też:
Mocne słowa Marii Pakulnis o Kościele. „To jest okrutne i nieludzkie”Czytaj też:
Nie żyje aktorka z „Czarnoksiężnika z Oz”. Miała 94 lata
Barbara Brylska
