„Jedna Pieczka”. Ten polski aktor stał się jednostką dobroci

„Jedna Pieczka”. Ten polski aktor stał się jednostką dobroci

Dodano: 
Maria Homerska i Franciszek Pieczka w 1983 roku na planie filmu „Wierna rzeka”
Maria Homerska i Franciszek Pieczka w 1983 roku na planie filmu „Wierna rzeka” Źródło: FORUM / archiwum Filmu
W świecie, gdzie aktorzy walczą o newsa w tabloidzie i liczą lajki, Franciszek Pieczka przy drugim bisie pędził już do samochodu.

Przy trzecim siedział w fotelu w ulubionym domu w Falenicy. To oczywiście anegdotka, jedna z wielu, które pozostały po tym wielkim aktorze i człowieku, ale jakże trafnie oddająca to, kim był w życiu i za kulisami.

Franciszek Pieczka miał być górnikiem. Został Gustlikiem

Urodził się 18 stycznia 1928 roku w Godowie na Śląsku, w rodzinie górniczej, jako najmłodszy z siedmiorga dzieci. Środowisko, z którego wychodził, nie predestynowało do kariery w teatrze. W takich, jak jego rodzinach, fach przechodził z dziada na ojca, z ojca na syna. Francik jednak wybrał scenę i przez ponad siedem dekad nie zmienił zdania.

Zaczynał w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, potem trafił do Starego w Krakowie. Pierwsze filmowe kroki stawiał w epizodach — w „Pokoleniu” zagrał Niemca na patrolu. Nikt nie podejrzewał, że ten spokojny, skupiony człowiek ze Śląska zostanie jednym z najważniejszych aktorów w historii polskiego kina.

Szeroką publiczność zdobył rolą Gustlika w serialu „Czterej pancerni i pies”. Wtedy też natychmiast poczuł, że sława to coś, z czym nie bardzo wie, co zrobić. Rozpoznawalność go zawstydzała, nie cieszyła. Unikał bankietów, rzadko udzielał wywiadów.

W kolejnych dekadach stworzył kreacje, które krytycy i widzowie pamiętają do dziś: w „Ziemi obiecanej” i „Potopie” Wajdy, w „Konopielce”, w nagrodzonym na festiwalach „Jańciu Wodniku” Jana Jakuba Kolskiego. Za tę ostatnią rolę odebrał nagrody w Gdyni i Moskwie. Grał w filmach niemieckich, zarówno enerdowskich, jak i zachodnioniemieckich. Za rolę Matisa w „Żywocie Mateusza" dostał Srebrnego Hugona w Chicago.

Potem przyszło „Ranczo” i Stach Japycz — postać wręcz kultowa, która przez dekadę towarzyszyła kolejnemu pokoleniu widzów. W sumie zagrał w ponad stu filmach. Do końca czuł tremę przed wyjściem na scenę.

W środowisku mówili na niego Franek, Franio, Franuś. Czule. To wiele mówi o człowieku, który przez dziesięciolecia pracy w najbardziej próżnym ze światów nie zdobył ani jednego wroga wartego wspomnienia.

Zbigniew Zapasiewicz mówił o nim wprost: człowiek ciepły, serdeczny i otwarty, całkowicie pozbawiony pychy i zawiści — cech, które zbyt często przywierają do aktorów traktujących zawód jako trampolinę do własnej chwały.

Kazimierz Kaczor przez lata dzielił z nim garderobę. Marta Lipińska grała u jego boku w „Ranczu". Oboje, zapytani po śmierci o Franka, rozkładali ręce — nie umieli powiedzieć o nim nic więcej. Nie dlatego, że nie było o czym mówić. Dlatego, że Pieczka po prostu nie dawał materiału, o jakim marzą brukowce. Nie gwiazdorzył — pracował. Nie skarżył się, nie plotkował, nie budował swojej pozycji cudzym kosztem. Po prostu był. Był człowiekiem do rany przyłóż

„Jedna Pieczka”. Polski aktor, który stał się wzorcem

Reżyser Jan Jakub Kolski, który przez ponad trzy dekady współpracował z aktorem, pewnego dnia zaproponował coś żartobliwego, a zarazem całkowicie serio. Jak przyznał w rozmowie z PAP już po śmierci aktora, namawiał środowisko, by powołać do życia nową jednostkę miary. Jednostkę życzliwości, dobroci, empatii i bezinteresowności i nazwać ją „jedna Pieczka".

„Jakby ktoś miał jedną Pieczkę, to byłby to już bardzo przyzwoity rezultat” — mówił Kolski.

Nie była to pusta anegdota. Kolski tłumaczył, że przy Franciszku Pieczce miał poczucie bezpieczeństwa. Nie tylko dlatego, że jako reżyser pracował obok kogoś wybitnego, ale dlatego, że ten ktoś był równocześnie dobrym człowiekiem. Że nie irytował się bez powodu, nie robił przykrości, nie odmawiał pomocy. Że gdy młody reżyser popełniał błędy, doświadczony aktor nie komentował, tylko życzliwie wskazywał właściwą drogę.

Emilian Kamiński z kolei porównał Pieczkę do starego drzewa, do którego każdy chce się przytulić, bo przy nim znajduje spokój. Przyznał, że bardzo rzadko rodzą się tacy ludzie.

Franciszek Pieczka — człowiek, który uciekał przed brawami, choć oklaski do dziś nie milkną

Anegdota krążąca latami po środowisku filmowym i teatralnym mówi, że Pieczka przy pierwszych brawach się kłaniał, przy drugich wychodził za kulisy, a przy trzecich był już w samochodzie. Dom w Falenicy czekał. Rodzina czekała. Reszta mogła poczekać.

Przez kilkadziesiąt lat był związany z Teatrem Polskiego Radia. Grał w spektaklach Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego i Zygmunta Huebnera. Nagrywał słuchowiska, adaptacje literatury, powieści radiowe. Pracował w Teatrze Narodowym, Dramatycznym, Powszechnym. Za rolę w „Słonecznych chłopcach" Neila Simona odebrał Nagrodę im. Cypriana Norwida.

Pod koniec życia użyczył głosu w polskiej wersji „Gwiezdnych wojen". Miał wtedy ponad osiemdziesiąt lat i wciąż się trząsł przed wyjściem na scenę.

Franciszek Pieczka odszedł 23 września 2022 roku, w wieku 94 lat. Zostawił po sobie ponad sto ról i jedną miarę. Bardzo przyzwoity rezultat dla każdego człowieka.

Czytaj też:
Nowy polski serial na HBO Max. Takiej obsady już dawno nie było!
Czytaj też:
TVP nie zapomniało o legendzie! Wzruszający gest po latach. „Tęsknimy…”

Galeria:
Franciszek Pieczka
Źródło: WPROST.pl / PAP, Polskie Radio