Jacek Lech był w PRL-u niemal taką gwiazdą, jak Al Bano we Włoszech. Dziś jego imię pamięta niewielu. Znacznie lepiej z przebojami, takimi jak „Dwadzieścia lat a może mniej”, bo te z pewnością i dziś zanuci większość Polaków.
To on był na topie w PRL-u. Wystąpił przed The Rolling Stones
Niewielu dziś pamięta, że Jacek Lech to pseudonim. Artysta przyszedł na świat 15 kwietnia 1947 roku w Bielsku-Białej jako Leszek Zerhau. Nazwisko uznano za mało estradowe – trudno je skandować, ciężko zapamiętać. Za namową menedżera Czerwono-Czarnych Leszek stał się Jackiem Lechem. Brzmiało swojsko, patriotycznie i wpadało w ucho. Reszta była już tylko kwestią talentu.
Tego mu na szczęście nie brakowało od dziecka. Zanim nastolatkowi przyszło marzyć o scenicznych reflektorach, grał na skrzypcach i śpiewał w szkolnym zespole. W wieku siedemnastu lat wygrał konkurs jazzowy „Mikrofon dla wszystkich” i wtedy świat zaczął mu się otwierać na oścież.
W 1966 roku Lech dołączył do legendarnych Czerwono-Czarnych – zespołu, który w tamtej dekadzie był synonimem nowoczesności na polskiej scenie. Kochała go młodzież, nienawidzili PRL-owscy aparatczycy, którym przeszkadzały długie bujne czupryny i głośna muzyka produkowana przez „szarpidrutów”. Z tą formacją Jack Lech wystąpił przed samymi The Rolling Stones podczas ich jedynego występu w naszym kraju, co nawet dziś brzmi jak kosmicza niemożliwość. Rok później w Opolu na festiwalu, który wówczas bywał ważniejszy niż niejedno święto państwowe, odebrał wyróżnienie za „Pozwólcie śpiewać ptakom".
Jego debiutancki przebój „Bądź dziewczyną moich marzeń”, napisany przez Ryszarda Poznakowskiego, trafił do serc słuchaczy niemal natychmiast po premierze w 1967 roku, a potem już fala popularności rosła. Gdzieniegdzie można się nawet natknąć na „informację”, że fanki piosenkarza potrafiły unieść samochód, w którym siedział artysta, byleby tylko znaleźć się bliżej niego. To akurat przesada, ale faktem jest, że przez pewien czas polski wariant beatlemanii miał twarz Jacka Lecha.
W sumie artysta nagrał około stu pięćdziesięciu piosenek i kilkanaście płyt, a dwa albumy zdobyły tytuł Złotej Płyty. Do jego największych przebojów należą takie utwory jak „Bądź dziewczyną moich marzeń”, „Dwadzieścia lat a może mniej”, „Pozwólcie śpiewać ptakom”, „Do widzenia mamo”, „Co jej mogłeś dać”, „Czereśnie, wiśnie”, „Panny świętojańskie”, „Moje serce należy do gór”, „Mężczyzna nigdy nie płacze”, „Taka jaka byłaś ty”, „Raz po raz”. W 1998 roku ukazała się składanka „Największe Przeboje”, dokumentująca to, co przez dekady nucił cały kraj. W 2005 roku otrzymał odznaczenie Gloria Artis.
Podkreślić przy tym trzeba, że Lech był jednym z pierwszych polskich artystów, którym naprawdę zależało na tym, jak wygląda na scenie. Sam uczestniczył w projektowaniu kostiumów scenicznych, dbając o „zachodni sznyt”, który wyróżniał Czerwono-Czarnych na tle ówczesnej polskiej estrady.
Jego życie prywatne przez wiele lat związane było z Lucyną Owsińską, gwiazdą grupy wokalnej Pro Contra. Dziś powiedzielibyśmy o nich „power couple” – piękni, utalentowani, eleganccy i mówili o nich wszyscy w branży. Związek nie przetrwał, ale oboje zachowali dla siebie wzajemny szacunek.
Jacek Lech otarł się o śmierć. Cud, że powrócił
Rok 1972 przyniósł gwałtowne tąpnięcie. Pod Lipnem doszło do wypadku samochodowego, który mógł zakończyć wszystko. Auto było całkowicie zmiażdżone. Lech przeżył, lecz lekarze nie dawali mu szans na powrót do zawodu – miał złamany kręgosłup, uszkodzone płuco i liczne obrażenia wewnętrzne. Przez rok był niemal całkowicie unieruchomiony.
Wrócił, mówiło się wręcz o „cudzie". Artysta, który nie był już jednak w stanie znieść trudów scenicznych występów, rozstał się wówczas z Czerwono-Czarnymi i założył własną grupę. W 1974 roku ukazał się jego solowy album „Bądź szczęśliwa". Koncertował w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Jugosławii. Powikłania po wypadku towarzyszyły mu jednak do końca życia.
Temu polskiemu piosenkarzowi choroba odebrała mu wszystko
Ostatni rozdział życia Jacka Lecha jest wyjątkowo okrutny. Nowotwór przełyku – choroba, która w przypadku wokalisty uderza także w jego artystyczne istnienie – zaatakował go rok przed śmiercią. Po operacjach artysta stracił swój charakterystyczny, ciepły głos i mógł mówić jedynie szeptem. Mimo to nie wycofał się z życia publicznego i angażował się w pomoc innym chorym artystom.
W 2007 roku środowisko zorganizowało na jego rzecz koncert charytatywny. Nie zdążył w pełni skorzystać z tej pomocy. Jacek Lech zmarł 25 marca 2007 roku w Katowicach, po chemioterapii i śpiączce farmakologicznej. Nie miał sześćdziesięciu lat.
Jego piosenki wciąż gdzieś krążą. W starych radiowych archiwach, na platformach streamingowych, na kasetach i winylach w domach tych, którzy wychowali się na jego przebojach i którzy wciąż nucą, jak to fajnie jest mieć „Dwadzieścia lat a może mniej”.
Czytaj też:
Pieją z zachwytu nad tym serialem. To połączenie „Breaking Bad” i „Rodziny Soprano”Czytaj też:
14 seriali, które rozłożą cię psychicznie — najlepsze ukryte kryminały
