Gabriela Keklak, „Wprost”: Jak po raz pierwszy zetknął się pan historią 33 zdjęć z getta?
Jan Czarlewski, reżyser filmu „33 zdjęcia z getta”: Historia filmu zaczęła się w 2022 roku od pracy pani Zuzanny Schnepf-Kołacz, która wraz z prof. Barbarą Engelking przygotowywały dla POLIN Muzeum Historii Żydów Polskich wystawę „Wokół nas morze ognia”, poświęconą losom żydowskich cywilów podczas powstania w getcie warszawskim w 1943 roku. W trakcie badań natrafiła ona na informację o istnieniu negatywu zdjęć wykonanych w getcie przez 23-letniego strażaka Zbigniewa Leszka Grzywaczewskiego. Źródłem tej wiedzy był list z 1968 roku, przechowywany w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, w którym Hilary Laks pisze do swojej córki Romy, że Leszek przysłał mu dwanaście odbitek, a sam negatyw wciąż znajduje się w jego rękach. Z tą informacją Pani Zuzanna zwróciła się do syna Leszka, Macieja Grzywaczewskiego, z prośbą o odnalezienie materiału. Poszukiwania trwały miesiącami — Leszek był fotografem amatorem i pozostawił po sobie bardzo wiele zdjęć i negatywów. Już wtedy Mirosław Bork, producent MWM Media, zdawał sobie sprawę, że odnalezienie negatywu może stać się punktem wyjścia do filmu dokumentalnego o wyjątkowej wartości historycznej.
Ja sam po raz pierwszy natknąłem się na tę historię w styczniu 2023, gdy w „Newsweeku” ukazał się artykuł poświęcony odkryciu negatywu Leszka Grzywaczewskiego. Znam Macieja od dzieciństwa, więc po lekturze natychmiast się z nim skontaktowałem. Myślę, że wyczuł, jak bardzo ten temat mnie zaintrygował i zaproponował mi opowiedzenie tej historii. Prace przygotowawcze trwały kilka miesięcy, a produkcja filmu ruszyła rok później.
Czytaj też:
Jego ojciec robił zdjęcia w getcie. Po 80 latach odkrył prawdę
Film śledzi losy dwóch rodzin – polskiej i żydowskiej. Od początku wiedział pan, że właśnie taki będzie klucz narracyjny filmu, czy ta koncepcja zmieniała się w trakcie pracy?
W trakcie dokumentacji zebraliśmy liczne fotografie oraz dzienniki Leszka Grzywaczewskiego, prowadzone przez niego przez cały okres wojny. Równolegle zaczęliśmy badać historię żydowskiej rodziny Laksów, która w 1946 roku — po pogromie kieleckim — wyemigrowała z Polski najpierw do Szwecji, a następnie do Stanów Zjednoczonych. Dość szybko stało się jasne, że losy obu rodzin są ze sobą nierozerwalnie związane. Hilary Laks, świadomy historycznej wartości fotografii wykonanych przez Leszka, zwrócił się do niego z prośbą o ich udostępnienie. Leszek przekazał mu te dwanaście odbitek, najprawdopodobniej w 1960 roku, podczas kilkumiesięcznego pobytu służbowego w Wielkiej Brytanii, gdzie nadzorował budowę doku pływającego dla stoczni w Szczecinie. Po śmierci Hilarego, jego córka Roma przekazała zdjęcia do Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Przez wiele lat o ich istnieniu wiedział jedynie wąski krąg badaczy Zagłady.
Dotarliśmy również do listów Hilarego Laksa do Romy z lat 80., w których opisywał wojenne losy swojej rodziny — Roma miała zaledwie pięć lat, gdy Niemcy napadli na Polskę. Dzięki uprzejmości Pani Zuzanny Schnepf-Kołacz dysponowałem także pełnym wywiadem z Romą z 1996 roku, przechowywanym w archiwum Shoah Foundation. Stopniowo zacząłem łączyć te fragmenty, z których wyłaniał się obraz relacji opartych na przyjaźni i wzajemnej pomocy między dwiema rodzinami, choć wiele elementów tej historii pozostawało niejasnych.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
