„Rojst'97” – recenzja. W sieci roi się od zachwytów. Czy rzeczywiście są zasłużone?

„Rojst'97” – recenzja. W sieci roi się od zachwytów. Czy rzeczywiście są zasłużone?

Kadr z serialu „Rojst'97”
Kadr z serialu „Rojst'97” Źródło: Netflix
Czytam w sieci recenzje „Rojst'97”, na który sama długo czekałam i zastanawiam się, czy oglądałam tę samą produkcję, co reszta świata. Serial, który zadebiutuje już jutro na platformie Netflix, nie trzymał mnie zupełnie w napięciu, a wręcz usypiał. Ciekawiej zrobiło się dopiero w piątym odcinku, jednak szybko emocje opadły, gdy wszystkie elementy układanki udało mi się ułożyć przed tym, jak pokazano mi cały obrazek na ekranie. Nie oznacza to jednak, że nie ma tu czego chwalić.

Pierwszy sezon serialu „Rojst” miał swoją premierę w 2018 roku i został wyprodukowany wspólnie przez Showmax i Studio Filmowe „Kadr”. Za reżyserię, podobnie, jak przy drugiej odsłonie tej opowieści, odpowiadał Jan Holoubek, kojarzony głównie z filmu „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”, bardzo dobrze przyjętego, zarówno przez krytyków jak i publiczność.

Pod względem wizualnym „Rojst'97” jest majstersztykiem. Tutaj widać kunszt Holoubka – wrażliwy na świat artyzm, wizualną czułostkowość, psychologię percepcji i co tu dużo mówić – talent. Podobały mi się także kompozycje plastyczne kadru, oświetlenie i wszystko, co związane z doborem planów. Zdjęcia oddawały klimat tych lat – daleko było od poczucia, że coś jest przekłamane i sztuczne.

W tym sezonie w obsadzie główne skrzypce grają Anna Jass i Adam Mika, w których wcielają się Magdalena Różczka i Łukasz Simlat. Choć spotkałam się z opiniami, że to właśnie Różczka jest najsłabszym ogniwem w obsadzie, zupełnie się z tym nie zgadzam. Grana przez nią bohaterka jest kreowana przez aktorkę bardzo przekonująco. Widz przyjmuje tę postać naturalnie, jakby kogoś z wyjętego z prawdziwego życia, a nie stworzonego na potrzeby serialu. Nie dostrzegłam tutaj żadnego koloryzowania, niekonsekwencji.

Na ogromną pochwałę za swoją rolę zasługuje także wspomniany Simlat, który pokazał nam bezkompromisowego Mikę – typowego policjanta z końcówki lat 90. w Polsce, przekonanego o tym, że wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę jest właściwe i wręcz nobilitujące. Aktor miał utrudnione zadanie wykreowania postaci twardej, jednak i niedoskonałej – jego bohater jąkał się i często zbierał za to bęcki. Simlat sprawnie lawiruje i mami widza – znajdujemy się wciąż gdzieś na granicy poczucia współczucia do Miki oraz respektu do tej postaci, przeplatanego może z frustracją z powodu pojmowania przez bohatera rzeczywistości jako jednowymiarowej.

Oprócz wspomnianych, chce nadmienić też kilka słów o roli Zofii Wichłacz, z której na ekranie aż kipi miłość do sztuki aktorskiej. Jest charyzmatyczna i ma błysk w oku, który widzi się tylko u największych talentów. To wszystko mimo charakteryzacji, która zupełnie do mnie nie przemówiła. Oglądając Wichłacz na ekranie w roli Teresy Zarzyckiej w głowie miałam wciąż myśl: Dlaczego 26-letnia aktorka gra matkę 13-latki? Można to jednak zrzucić na chęć kontynuowania historii i zachowania przy okazji klimatu tamtych czasów. Ale było można lepiej...

Andrzej Seweryn to jeden z moich ulubionych polskich aktorów, szczególnie po swojej kreacji Zdzisława Beksińskiego w „Ostatniej rodzinie” Jana P. Matuszyńskiego z 2016 roku. Niestety w „Rojst'97” pozostaje gdzieś z boku i choć jego bohater jest bardzo znaczący dla fabuły, to mam poczucie, że nic tej roli nie wyróżnia.

A skoro o fabule... Od kilku lat bardzo popularne są seriale sensacyjno-kryminalne, thrillery i dokumenty true crime. Widzowie obeznani z taką tematyką, znają już schematy, ponieważ pochłaniają wszystko, co łączy się z tymi gatunkami. Ciężko zatem o coś świeżego, zaskakującego dla widza i niekonwencjonalnego. W „Rojst'97” zabrakło mi dokładnie tego – dreszczyku, niespodzianki, ale też haczyka, który nie pozwalałby mi przestać myśleć o tym serialu, kiedy akurat go nie oglądam. Zastanawiać się nad tym, co może się stać dalej, rozważać nad motywacjami bohaterów, ich losem i sensem całego widowiska. Trzymająca w napięciu (chociaż też nie na tyle, żebym mogła powiedzieć, że warto) akcja serialu, właściwie zaczęła się dla mnie dopiero w 5. odcinku. Wcześniej fabuła niemiłosiernie się rozciągała, a ja czekałam i czekałam. Zakończenie również nie było dla mnie satysfakcjonujące. Nie mogłam uwierzyć, że to, czego dowiadujemy się na końcu, miało być dla mnie zaskoczeniem. Wystarczy przecież skojarzyć fakty, policzyć lata – co widzowi podane jest niemalże na tacy już kilka odcinków wcześniej.

Ostatecznie, jeżeli podobał wam się „Rojst”, pewnie też spodoba wam się „Rojst'97”. Jeśli jednak pod koniec pierwszego sezonu mieliście uczucie niedosytu, niestety jest szansa, że podobnie, jak to było w moim wypadku, będzie ono obecne także pod koniec drugiej odsłony tej opowieści. A szkoda.

Czytaj też:
„Rojst'97”. Jutro premiera serialu. Posłuchajcie utworu promującego produkcję

Galeria:
„Rojst'97” – zdjęcia z nowego polskiego serialu Netfliksa