60-lecie kultowego serialu. Wielka propaganda, świetna rozrywka i pies, który skradł serca narodu

60-lecie kultowego serialu. Wielka propaganda, świetna rozrywka i pies, który skradł serca narodu

„Czterej pancerni i pies”
„Czterej pancerni i pies” Źródło: Archiwum TVP
Miała być propagandowa laurka pełna zafałszowanej historii, wyszła przebojowa rozrywka, przy której nikt nie zwraca uwagi na fakty.

Dokładnie 60 lat temu, 9 maja 1966 roku Polacy zasiedli przed telewizorami i po raz pierwszy ujrzeli czołg o nazwie Rudy 102, jego czteroosobową załogę z bonusowym psem na pokładzie.

„Czterej pancerni i pies”. – Propaganda PRL-u, która nie wyszła. Za to widzom się spodobała

Nikt wtedy nie przypuszczał, że ten moment zapoczątkuje jeden z największych fenomenów polskiej popkultury. Sześćdziesiąt lat później serial Konrada Nałęckiego wciąż budzi emocje – i wciąż warto się zastanowić, czym tak naprawdę jest. Odpowiedź jest prosta, choć nieoczywista: to nie jest film historyczny. To coś zupełnie innego – i właśnie dlatego przetrwał.

Historycy nie mają złudzeń. Jak mówi dr Łukasz Jasina z Muzeum Historii Polski w rozmowie z PAP, serial „mija się z faktami historycznymi”, choć pozostaje „dużym osiągnięciem kultury popularnej PRL-u". Trudno się z tą oceną nie zgodzić, wystarczy chwila refleksji, by dostrzec, jak wiele „Pancerni” przemilczają lub przekształcają na użytek opowieści.

Serial ignoruje niemal całkowicie skomplikowany kontekst polityczny epoki. Nie ma w nim mowy o pakcie Ribbentrop-Mołotow, o agresji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku, o losach żołnierzy Armii Krajowej. Relacje polsko-radzieckie wyglądają jak sielska przyjaźń przy ognisku, podczas gdy rzeczywistość była brutalnie inna – wielu żołnierzy ludowego Wojska Polskiego trafiało w szeregi nie z własnej woli, lecz prosto z łagrów lub po przymusowych wcieleniach. Jedyną armią walczącą z Niemcami jest w serialu LWP, które swoją drogę bojową zaczęło pod Lenino, co było świadomym zabiegiem propagandowym, mającym przykryć pamięć o m.in. Monte Cassino i dywizji generała Maczka.

Za co Polacy pokochali western w realiach II wojny światowej?

Niemcy bywają tu albo demoniczni, albo wręcz komiczni. Wojny jako piekła nie ma. Jest przygoda, spryt, koleżeństwo i muzyka. „Czterej pancerni i pies” to bardziej western osadzony w realiach frontu wschodniego niż kronika wojenna. Ten gatunek z kolei rządzi się własnymi prawami – dobro wygrywa, zło przegrywa, a bohater wraca do domu bez zadrapania.

Może w tym tkwi źródło jego sukcesu, a odpowiedź leży nie w historii, lecz w psychologii. Polska lat 60. była społeczeństwem wciąż noszącym w sobie wojenną traumę. Dwadzieścia lat to za mało, by ją przepracować. Serial dawał coś, czego brakowało: narrację krzepką, pełną nadziei i braterstwa, w której Polak jest dzielny, sprytny i ostatecznie zwycięski.

Wiele dla serialu zrobili też aktorzy, którzy stali się później legendami. Janusz Gajos, Franciszek Pieczka, Roman Wilhelmi, Wiesław Gołas, Włodzimierz Press – to nie były twarze z plakatu, lecz żywi ludzie, z zaletami i słabościami, z poczuciem humoru. Gustlik ze swoją nadludzką siłą, Janek z sokolim okiem, Grigorij z poczciwą duszą na wierzchu, plus cały zestaw wyrazistych postaci drugiego planu. Dynamika tej ekipy – plus jeden pies – to klasyczna formuła „buddy movie", ponadczasowa jak dobra melodia.

Szarik to zresztą osobny rozdział. Decyzja, by uczynić z psa pełnoprawnego bohatera, była strzałem w dziesiątkę. Zwierzę angażuje emocjonalnie natychmiast i bezwarunkowo – ociepla nawet wojenny krajobraz, przyciąga najmłodszych widzów i sprawia, że całość nabiera ciepła, którego żadna batalistyczna scena nie jest w stanie zastąpić. „Szarikomania", która ogarnęła Polskę po emisji pierwszych odcinków, nie była przypadkiem.

Nie bez znaczenia jest też sama realizacja. Jak na 1966 rok sceny batalistyczne stoją na zaskakująco wysokim poziomie. Praca kamery, montaż, a przede wszystkim muzyka – „Deszcze niespokojne” to jedna z najbardziej rozpoznawalnych melodii w historii polskiej telewizji. Janusz Przymanowski, autor powieściowego pierwowzoru, pułkownik, który sam przeszedł szlak bojowy spod Lenino do Berlina, tak bardzo utożsamił się ze swoimi bohaterami, że – jak głosi historia – przed śmiercią zażyczył sobie, by jego prochy spoczęły w łusce czołgowego naboju. Trudno o bardziej wymowny dowód, że „Pancerni” to była dla niego nie propaganda, lecz prawdziwe życie.

Sześćdziesiąt lat po premierze „Czterej pancerni i pies” pozostają tym, czym byli od początku: nie lekcją historii, lecz mitem założycielskim pewnej wspólnoty wyobraźni. Można – i trzeba – wiedzieć o przekłamaniach, o propagandowej funkcji serialu, o przemilczeniach, które raniły i ranią. Wiedza ta nie unieważnia jednak ani jednej sceny z Szarikiem tropiącym Niemców, ani jednego żartu Gustlika, ani jednej przygody bohaterskich czołgistów.

Mit i historia to dwie różne rzeczy. „Pancerni” są mitem, który wygrał i przetrwał.

Czytaj też:
Wszyscy Polacy ja kochają, kiedyś wyglądała jak modelka. Poznajecie?
Czytaj też:
Dziś lawina premier od Netflix! Wpadła skandynawska perełka i brytyjski miniserial

Źródło: WPROST.pl