„Szogun” z 1980 roku nie był zwykłym miniserialem. Stał się kulturowym wydarzeniem, rekordzistą oglądalności i jedną z najbardziej ambitnych produkcji w historii telewizji. Przez lata obrósł też w wiele mitów i anegdotek.
Rekordy oglądalności i telewizyjna rewolucja
Miniserial NBC, trwający łącznie około dziewięciu godzin, zadebiutował we wrześniu 1980 roku. Opowieść oparta na powieści Jamesa Clavella przenosiła widzów do feudalnej Japonii około 1600 roku. W centrum historii znalazł się angielski żeglarz John Blackthorne, w którego wcielił się Richard Chamberlain. Jego bohater, wzorowany na prawdziwej postaci Williama Adamsa – pierwszego Anglika, który został samurajem i doradcą szoguna Tokugawy Ieyasu – trafia do świata rządzonego surowymi zasadami honoru i bezwzględnej polityki. U boku Chamberlaina wystąpili Toshirō Mifune jako Toranaga oraz Yoko Shimada w roli Mariko. Ta obsada okazała się jednym z kluczy do sukcesu.
„Szogun” emitowany był przez pięć kolejnych wieczorów. Średnio przyciągał od 24 do 30 mln widzów w USA, co stanowiło około jednej trzeciej wszystkich telewizorów w kraju. Pierwszy odcinek obejrzało 23 mln gospodarstw domowych, osiągając 29,5 proc. ratingu Nielsen, drugi – 24,7 mln i 31,7 proc. ratingu. NBC zanotowała najwyższą tygodniową oglądalność w swojej historii. Globalnie serial miał dotrzeć do 120 mln widzów. W Polsce, gdzie premiera w TVP odbyła się w 1985 roku, emisja powodowała – według relacji – spadki obrotów w restauracjach i kinach.
Produkcja przełamywała tabu amerykańskiej telewizji. Pokazywała nagość, przemoc i wątki obyczajowe, które wówczas uchodziły za szokujące. Twórcy zdecydowali się pozostawić wiele dialogów w języku japońskim bez tłumaczenia (nie było napisów), by widz odczuwał tę samą dezorientację, co Blackthorne. W serialu pada słynne zdanie: „W Japonii są tylko japońskie sposoby, Anjin-san” – i to właśnie ta perspektywa obcości była jednym z najmocniejszych zabiegów narracyjnych.
„Szogun”. Najdroższy miniserial swoich czasów
Pierwotnie budżet produkcji szacowano na ok. 12 mln dolarów. Ostatecznie wzrósł do 22 mln, co dziś odpowiadałoby około 84 mln dolarów. Koszty podniosły sześciomiesięczne zdjęcia realizowane w 1979 roku, transport sprzętu oraz zatrudnienie setek japońskich statystów i ekspertów.
„Szogun” pozostaje jedyną amerykańską produkcją telewizyjną w całości nakręconą na terenie Japonii. Zdjęcia powstawały m.in. w Kioto, Tokio, na zamku Hikone – który „zagrał” twierdzę Toranagi – oraz w Himeji, wykorzystanym jako Osaka Castle. Ekipa pracowała także w Shochiku Studios i Daiei-Kyoto Studios w Kioto oraz Toho Studios w Tokio. Plenery realizowano w Himeji City, Hakone i w okolicach Owase.
James Clavell jako producent wykonawczy osobiście nadzorował autentyczność historyczną. Zatrudniono japońskich scenografów, kostiumologów i charakteryzatorów. Shin Nishida przeszedł do historii jako pierwszy Japończyk nagrodzony Emmy za kostiumy. Dbałość o detale – od ceremonii seppuku po samurajskie zwyczaje – stała się wizytówką produkcji.
Zderzenie kultur na planie
Sześciomiesięczna praca w Japonii oznaczała nie tylko logistyczne wyzwania, lecz także kulturowe napięcia. W małych miejscowościach, takich jak Nagashima, mieszkańcy jak relacjonowano, nigdy wcześniej nie widzieli białych. Trzeba było przesuwać łodzie rybackie, organizować zdjęcia w historycznych zamkach i dostosowywać się do realiów lokalnych studiów.
Różnice mentalności dawały o sobie znać. Japońskie ekipy nie akceptowały praktyki zastępowania członków zespołu – „raz zatrudniony, zostaje na cały projekt”. Reżyser Jerry London musiał nawet dublować niektóre funkcje, na przykład zatrudnić drugiego rekwizytora. Kobieta-asystentka reżysera była ignorowana, ponieważ jak tłumaczono, „nie słuchają instrukcji od kobiety”. Dopiero interwencja tłumacza wyjaśniła, że polecenia pochodzą od samego reżysera. Bariera językowa spowalniała pracę. Operator kamery otrzymywał instrukcje przez tłumacza, a scenariusze funkcjonowały w wersjach dwujęzycznych.
Na planie nie brakowało też dramatycznych i zabawnych momentów. Podczas próby sceny trzęsienia ziemi specjalista od efektów utknął pod platformą z ziemią. Ratowany przez kolegów krzyczał: „Mogę oddychać, mam dziurkę!”. Yoko Shimada otrzymała rolę w ostatniej chwili – jej angielski podczas castingu zaskoczył twórców, którzy natychmiast podpisali z nią kontrakt. Z kolei Toshirō Mifune po założeniu kostiumu Toranagi budził na planie tak wielki respekt, że ekipa traktowała go jak prawdziwego feudalnego władcę.
Nagrody i status legendy
„Szogun” zdobył osiem nagród i 14 nominacji do Primetime Emmy. Zwyciężył m.in. w kategoriach Outstanding Limited Series, Costume Design oraz Graphic Design and Title Sequences. Otrzymał także Złoty Glob dla najlepszego serialu dramatycznego, a Richard Chamberlain i Yoko Shimada zostali wyróżnieni aktorskimi statuetkami. Produkcję nagrodzono również Peabody Award i People’s Choice jako ulubiony miniserial telewizyjny. Nominacje trafiły m.in. do Toshirō Mifune’a i reżysera Jerry’ego Londona.
Sukces ugruntował pozycję Chamberlaina jako „króla miniseriali”, a sam serial wywołał na Zachodzie wzrost zainteresowania kulturą Japonii na początku lat 80.
„Szogun” nie był tylko ekranizacją bestselleru. Stał się dowodem, że telewizja może łączyć widowiskowość z historyczną precyzją, a zderzenie kultur może być siłą napędową opowieści. Do dziś pozostaje jednym z najważniejszych miniseriali w historii małego ekranu.
Czytaj też:
Burza wokół produkcji TVP. „Pan Mama” pod ostrzałemCzytaj też:
Wielki serialowy powrót! Thriller noir oczarował widzów – oto zwiastun kolejnej odsłony
