Grywał królów, Polacy pokochali go za sąsiada zza płotu. Nieznane oblicze wielkiego aktora

Grywał królów, Polacy pokochali go za sąsiada zza płotu. Nieznane oblicze wielkiego aktora

Władysław Hańcza w 1973 roku w filmie „Chłopi”
Władysław Hańcza w 1973 roku w filmie „Chłopi” Źródło: FORUM / archiwum Filmu
Władysław Hańcza urodził się z twarzą arystokraty i grał nią przez całe życie. Nawet gdy wcielał się w chłopów i za te role pokochali go Polacy.

Widzowie pokochali go za rolę w kultowej sadze „Sami swoi” i dla nich na wieki Kargulem już pozostał. Mimo, że kiedy on sam zobaczył i usłyszał się na ekranie, opadły mu ręce w niemej bezsilności. Czy w końcu zdążyłby się przyzwyczaić? Gdyby żył, jutro obchodziłby 121 urodziny.

Władysław Hańcza — Kargul, który nie był Kargulem

Zapytany kiedyś o podsumowanie własnej kariery, Władysław Hańcza odparł z rozbrajającą precyzją: grywał królów, profesorów, duchownych i gangsterów. Któryś z recenzentów dorzucił do tej listy chłopów, po czym skwitował, że w każdym jego chłopie czai się coś z króla, a w każdym królu — coś z chłopa. Hańcza przyjmował to ujęcie z zadowoleniem. Było w nim tyle prawdy, że nie wymagało korekty.

Rzeczywiście: twarz miał jak wyciętą z portretu heraldycznego, głos — ciemny i układny, postawę pomnikową. Jednocześnie potrafił tą samą twarzą, głosem i postawą zagrać przekonująco chłopa z czworaków, bo też i był aktorem z prawdziwego zdarzenia.

Kargul z „Sami swoi” to przypadek osobny. W pierwszej odsłonie trylogii, z 1967 roku, Hańcza grał ją fizycznie, ale na ekranie słychać było kogoś innego. Głos podmieniono w montażu na bardziej „wiejski”, na charakterystyczny kresowy zaśpiew. Podobno kiedy Hańcza to zobaczył i usłyszał, opuścił bezradnie ręce i stał jak porażony. Nieważny głos, ale całym sobą zagrał tak, że już na zawsze został Kargulem. Widzowie zapamiętali nie głos, lecz twarz, sylwetkę i spór z sąsiadem Pawlakiem, który ciągnął się przez dekady na ekranie.

Podobno też Hańcza wiedział, kiedy skończy się jego historia. Opowiadał z ironią o przepowiedni, która dała mu liczbę 72 lat. Przez lata żył w jej cień, co — jak sam przyznawał — nie budziło przerażenia, lecz raczej spokojną, trochę przewrotną akceptację. Jakby wiedział, że termin jest ustalony, więc po co dramatyzować. Ten dystans do własnego losu był u niego czymś głębszym niż poza, był sposobem myślenia.

Hańcza był artystą epoki bez streamingów, influencerów, aktorów amatorów z ulicy i nawet jeśli ktoś gdzieś tam jego głos „wymienił”, twarzy do dziś nie da się zapomnieć. To chyba najlepszy dowód na nieśmiertelność prawdziwej sztuki.

Czytaj też:
Gwiazdy kultowego serialu PRL-u spotkały się po ponad 50 latach. Tego widzowie nie wiedzieli
Czytaj też:
Miłość silniejsza niż PRL. Nadchodzi film z gwiazdorską obsadą i wsparciem TVN