Jest w kulturze pewien typ postaci, które za życia uchodzą za „trudne”, a po śmierci okazują się kimś zupełnie innym, niż sądziła większość. Maria Czubaszek do tego typu nie należała — ci, którzy ją znali, mówili o niej tak samo przed śmiercią, jak i po niej. Zgodni byli w jednym: że za tym ciętym językiem i papierosowym dymem kryła się osoba zaskakująco ciepła, niepozbawiona pokory i zdolna do śmiechu z własnych potknięć równie chętnie, jak z cudzych absurdów.
Rówieśnica Mojżesza, skromna do bólu ostra satyryczka. Jak była Maria Czubaszek?
Czubaszek miała dystans do siebie i potrafiła to udowodnić z właściwą sobie celnością. Gdy ktoś skomentował jej wiek słowami, że jest „tak stara, że wisi Mojżeszowi pięć złotych”, podobno bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „Nieprawda, bo oddałam”. Trudno o bardziej elegancką ripostę i trudno też nie lubić kogoś, kto tak reaguje na kpiny z własnej osoby.
Artur Andrus, jeden z najbliższych jej przyjaciół i chyba najcieplejszy ze wszystkich „przewodników” po jej świecie, wspomina, że Czubaszek nawet ku własnej śmierci zmierzała z podobnym, niemal kłopotliwym humorem i spokojem. Mówiła, że planowała żyć do trzydziestki, bo „potem już nie ma sensu”, a gdy dożyła siedemdziesiątki, była autentycznie zdziwiona, że to życie „trwa, trwa i trwa”. Andrus opowiada to z czułością i z lekką rozbawioną bezradnością kogoś, kto przez lata nie mógł nadziwić się tej kobiecie.
Czubaszek była satyryczką, której teksty znała cała Polska, a mimo to własną twórczość nazywała „głupotami”. Andrus podkreśla, że nie było w tym fałszywej skromności: ona naprawdę nie uważała się za szczególnie mądrą i szczerze przekonywała, że jej teksty dobrze wykonują inni — wymieniała Irenę Kwiatkowską, Jerzego Dobrowolskiego, Wojciecha Pokorę. Sam nie mógł uwierzyć, że ktoś o takiej pozycji i takim talencie potrafi mówić o sobie z tak absolutnym brakiem zadęcia.
Może właśnie dlatego tak dobrze czuła się w małych, nieoficjalnych grupach, gdzie humor, jak mówił Andrus, mógł „rozwinąć skrzydła bez kamer i mikrofonów”. Na salonach bywała, ale wracała szybko do domu do przytulnej, swojskiej bezpretensjonalności.
Parówki i papierosy, czyli manifest antyzdrowia według Czubaszek
Czubaszek była legendą polskiej satyry. W kuchni — legendą zupełnie innego rodzaju. Opowieść o kaczce stała się niemal kanoniczną anegdotą wśród jej znajomych. Chcąc zrobić mężowi, jazzmanowi Wojciechowi Karolakowi, sympatyczną kolację, wstawiła ptaka do piekarnika. Potem zostawiła w nim kaczkę, „żeby była ciepła” i pojechała do „Szkła kontaktowego". Problem w tym, że… nie wyłączyła piekarnika. Karolak, wracając do domu, z daleka już czuł, jaka to niespodzianka go czeka.
Jest jeszcze scena, którą Basia Ahrens-Młynarska opowiadała jako jedną ze swoich ulubionych: w hotelu w Szwajcarii przyłapała Czubaszek na tym, jak ta, pochylona nad świeczką, ogrzewa na widelcu parówkę. Elegancki hotel, Szwajcaria, nic nie miało znaczenia, znikało w zestawieniu z wielką miłością artystki, czyli parówkami. Według wszelkich świadectw lodówka Czubaszek nie słynęła z bogactwa — za to parówki były w niej zawsze. Na śniadanie, obiad i kolację. Hirek Wrona wspominał, że „parówka i szklaneczka campari” to był jej idealny posiłek, a przyjaciele śmiali się, że przez trzydzieści lat karmiła siebie i Karolaka właściwie wyłącznie parówkami. Sama mówiła o nich i papierosach jako o swojej „odporności na zdrowy styl życia”. Z nutą dumy w głosie, żeby nikt nie miał złudzeń.
Papierosy paliła przez ponad pół wieku i to podobno po kilka paczek dziennie. Mówiła, że zastąpiły jej seks, a kartonik trzymała w lodówce zamiast jedzenia. Kpiła, że nie wyobraża sobie życia z kimś, kto nie pali. Zapewniała, że „jeszcze po śmierci puści dymka". Zmarła 12 maja 2016 roku. Spoczęła na Powązkach Wojskowych w Warszawie.
Przyjaciele nie zapomnieli. Podczas uroczystości pogrzebowych swojej ukochanej artystki, przyjaciółki, mentorki, na jej grobie, obok kwiatów, złożyli paczki papierosów i parówki.
Andrus mówi, że Czubaszek „nie byłaby zdziwiona”, gdyby się okazało, że ludzie mówią o niej więcej, niż na to — jej zdaniem — zasługiwała. Ta skromność, tak głęboko zakorzeniona i tak nieefektowna, była jedną z jej najważniejszych cech. Nie robiła z siebie ikony. Nie lubiła patosu. W prywatnym życiu nie była ciętą satyryczką na dyżurze, tylko kobietą, która pije, pali — także obiady — i śmieje się z tego równie chętnie, jak ze wszystkiego innego. Chyba właśnie za to lubiano ją najbardziej.
Czytaj też:
Eurowizja. Największe wpadki, skandale i momenty grozy, które przeszły do historiiCzytaj też:
Polska walczy o finał Eurowizji. Oto kolejność występów i godziny transmisji
