Maciej Kozłowski miał 52 lata, kilka projektów w planach i twarz, która na ekranie potrafiła zatrzymać oddech w piersi. Odszedł cicho, bez fanfar, niemal dyskretnie, co było może najbardziej do niego niepodobne, bo to, czym emanował z ekranu, dyskretne nie było nigdy.
Maciej Kozłowski — aktor, który niczego nie musiał udowadniać. Wystarczyło być
Zanim został aktorem, kopał piłkę. Ta sportowa twardość nie zniknęła z jego sylwetki nigdy, co zresztą stało się jego największym kapitałem aktorskim. Do łódzkiej Filmówki trafił z tą samą determinacją, z jaką walczył na boisku: bez taryfy ulgowej, z pełnym zaangażowaniem.
W środowisku mówiono o nim z charakterystycznym podziwem, że właściwie nie musi nic robić, wystarczy, że wejdzie w kadr i spojrzy w kamerę. Spielberg dostrzegł go przy obsadzie „Listy Schindlera”. Jerzy Hoffman powierzył mu Krzywonosa w „Ogniem i mieczem”, postać tak zapamiętaną, że widz niemal czuł zapach dymu kozackiego obozu za każdym razem, gdy pojawiał się na ekranie. Pasikowski wiedział, kogo potrzebuje do swoich zimnych, twardych historii. Kozłowski był aktorem, po którego sięgali reżyserzy wtedy, gdy słowo „wiarygodność” pisało się wielką literą.
Sam żartował w wywiadach, że ma pecha, bo rzadko zdarza mu się dotrwać do napisów końcowych w całości. „Zawsze ginę” powtarzał z rozbrajającym humorem, opisując swój repertuar ról. Los okazał się w tej kwestii wyjątkowo okrutnym kalamburzystą.
Ten sam człowiek, który na ekranie budził lęk, w domu tworzył coś zupełnie innego. Razem z żoną, malarką Agnieszką Kowalską, stworzyli azyl dla porzuconych psów. Nie jako gest pod publiczkę, nie jako działalność charytatywna z logiem sponsora, po prostu dlatego, że tak chcieli żyć. To była jego odskocznia od brutalnego świata castingów i planów zdjęciowych. Twarda twarz, gołębie serce, jak mówili o nim bliscy i ta charakterystyka pasowała do niego o wiele bardziej niż jakakolwiek filmowa etykietka.
Ja tu „tylko na chwilę” poprzedziło tragiczny koniec
W 2005 roku zgłosił się na akcję honorowego krwiodawstwa „Krewniacy”. Chciał po prostu oddać krew. Przy rutynowych badaniach okazało się, że jest zakażony wirusem zapalenia wątroby typu C. Dowiedział się o swojej chorobie przy okazji, chcąc pomóc innym. Ironia tej sytuacji jest trudna do opisania bez ściśnięcia w gardle.
Przez kolejne lata poddawał się wyniszczającej terapii, a choroba prowadziła do coraz cięższego uszkodzenia wątroby i ostatecznie do raka. Kozłowski się nie wycofał. Widzowie „M jak miłość” czy „Generała Nila” oglądali go na ekranie, nie mając pojęcia, że aktor walczy o życie. Nawet w trakcie leczenia nie rezygnował z pracy, jakby scena była dla niego jedynym miejscem, w którym choroba nie miała nic do powiedzenia.
Żona wspominała potem, że do szpitala pojechał z założeniem, że to rutynowe badania, krótkie podreperowanie sił, nic więcej. Organizm nie wytrzymał. Maciej Kozłowski odszedł 11 maja 2010 roku w następstwie powikłań przewlekłego zakażenia HCV, które doprowadziło do ciężkiego uszkodzenia wątroby i raka wątroby.
Zostawił lukę w polskiej kinematografii, której nikt od tamtej pory nie wypełnił. Aktora surowego, przekonującego, z naturalnością noszącego w sobie coś mrocznego, ale jednocześnie kogoś, kogo chciało się oglądać po prostu dlatego, że był autentyczny. Szesnaście lat to wystarczająco dużo czasu, by to ocenić już na spokojnie i by powiedzieć wprost: brakuje go.
Czytaj też:
Nowy belgijski kryminał podbija streaming. Zbrodnia w sześciu odcinkach już onlineCzytaj też:
Od 2022 roku ten serial oglądają wszyscy. Mamy zapowiedź finału
