Na scenie był żywiołem — precyzyjny, nieobliczalny, zdolny rozładować każde napięcie jednym spojrzeniem. Za kulisami dźwigał ciężar, który złamałby niejedną osobę. Bohdan Smoleń był komikiem w najpełniejszym i najbardziej bolesnym znaczeniu tego słowa.
Bohdan Smoleń — Niewielki człowiek, którego „było widać z daleka”
Nie skończył żadnej szkoły teatralnej. Nie szlifował warsztatu na akademickich etiudach. Smoleń po prostu wszedł na scenę i okazało się, że potrafi to robić lepiej niż większość tych, którzy uczyli się tego latami. Z wykształcenia był zootechnikiem — studia skończył w Krakowie — ale życie zaprowadziło go zupełnie gdzie indziej.
W kabarecie Tey, u boku Zenona Laskowika, stworzył duet, którego polska estrada nie miała i już nie powtórzyła. Smoleń grał zwykłego faceta z PRL-u — człowieka, którego codzienność była absurdalna sama w sobie, a on tylko to absurdowi przyglądał się z lekko uniesioną brwią. Miał zaledwie sto sześćdziesiąt cztery centymetry wzrostu, co partner bezlitośnie wykorzystywał na scenie. Odpowiadał na to z dystansem: — Nie muszę być wysoki, żeby mnie było widać z daleka.
Był mistrzem przemycania treści między wierszami. W słynnym skeczu „Pelagia” operował pauzą z taką precyzją, że publiczność pękała ze śmiechu, a cenzor formalnie nie miał się do czego przyczepić. Nie lubił śmiać się z własnych żartów. Scenę traktował serio, bez celebryckiej pozy i bez oczekiwania na oklaski po każdym zdaniu.
Rozpad duetu z Laskowikiem obrastał przez lata legendą i plotkami. Sam Smoleń wyznał po latach, że ich drogi rozeszły się, bo Laskowik chciał rządzić, a on chciał być. Panowie nie rozmawiali ze sobą przez dekady. Fani uznawali to za niepowetowaną stratę dla polskiej estrady. Żaden z nich nie spieszył się też z pojednaniem.
Rok, który zatrzymał zegary. Wtedy na artystę spadły wszelkie tragedie
W 1988 roku Smoleń wrócił z występu do domu i znalazł ciało swojego piętnastoletniego syna Piotra. Chłopiec odebrał sobie życie. Rok później, w 1989 roku, w ten sam sposób odeszła żona artysty, Teresa.
Smoleń został sam z dwoma synami i bolesnym ciężarem na sercu.
Przez rok niemal całkowicie zniknął. Nie wychodził, nie rozmawiał, nie występował. Tamten czas wyrzeźbił w nim coś, czego już nigdy nie był w stanie przykryć żaden sceniczny kostium — spojrzenie człowieka, który wie, że śmiech jest tylko powierzchowną maską.
Charakterystyczne powiedzonko syna — „A tam, cicho być!” — Smoleń przeniósł później do swojej twórczości. Stało się też tytułem jego biografii i weszło na stałe do języka potocznego.
Edzio z „Kiepskich”, król kabaretu i człowiek złamany przez los. Kim naprawdę był Bohdan Smoleń?
Młodsze pokolenie kojarzy go przede wszystkim jako listonosza Edzia ze „Świata według Kiepskich". Sam Smoleń nie krył, że przyjął tę rolę z bardzo konkretnego powodu: potrzebował pieniędzy na swoją fundację pomagającą dzieciom poprzez hipoterapię. Scena nie była dla niego celem, była środkiem. Na planie improwizował. Dostawał ogólny zarys postaci i „sypał z rękawa” rymowankami, które stawały się kultowe w sekundę po tym, jak odcinek trafiał na antenę.
Pasja do zwierząt towarzyszyła mu zresztą przez całe życie. Mawiał, że konie nie kłamią i nie zadają głupich pytań w gorsze dni. Fundacja hipoterapeutyczna była, jak sam mówił, jego czwartym dzieckiem.
Równolegle latami palił namiętnie — kilka paczek dziennie. Na przykre konsekwencje nie trzeba było długo czekać: udary, choroba płuc, stopniowe zanikanie głosu, który kiedyś wypełniał największe sale. Pod koniec życia mówił ochrypłym szeptem. Kiedy odwiedzali go dziennikarze, wciąż potrafił rzucić żartem, który wbijał w fotel.
Bohdan Smoleń odszedł jako artysta, którego publiczny śmiech przez dekady przykrywał prywatne dramaty. Nie szukał współczucia, nie epatował tragediami, nie budował na nich swojego wizerunku. Wychodził na scenę i robił swoje. Za to Polacy go kochali.
Czytaj też:
Globalny serialowy hit powraca. Ludzie kochają ten serialCzytaj też:
Wstrząsający reportaż Michała Wrzoska o alkoholizmie. „Nikt nie chciał na mnie nawet splunąć”
