Magazyn „Collider” opublikował 18 kwietnia zestawienie najlepszych płyt lat 80. XX wieku. Na szczycie rankingu znalazł się album „Purple Rain” Prince’a and the Revolution z 1984 roku.
„Purple Rain” najlepszym albumem lat 80. Za nim legendy!
Redakcja uzasadniła wybór spójnością wydawnictwa i brakiem słabszych momentów – to płyta, która „trzyma poziom” od początku do końca.
Na liście nie zabrakło też innych klasyków epoki. W zestawieniu znalazły się m.in. „Master of Puppets” zespołu Metallica z 1986 roku, „The Queen Is Dead” grupy The Smiths (1986), „Thriller” Michaela Jacksona (1982), „Disintegration” The Cure (1989) czy „Hounds of Love” Kate Bush (1985).
Jak podkreśla „Collider”, „Purple Rain” powstał z myślą o filmie o tym samym tytule z 1984 roku. Prince nie tylko stworzył ścieżkę dźwiękową, ale również zagrał w produkcji, występując u boku zespołu The Revolution. W skład grupy wchodzili Doctor Fink, Lisa Coleman, Bobby Z., Wendy Melvoin i Brownmark. To właśnie oni, razem z twórcami filmu, budowali świat, który przeniknął do muzyki.
Kulisy powstawania najlepszego albumu dekady. „Czuliśmy się jak w domu Wielkiego Brata”
Członkowie The Revolution wrócili do pracy nad projektem w wywiadzie dla Yahoo z 2017 roku. Perkusista Bobby Z. opowiadał o nietypowym procesie tworzenia.
„Podczas naszej trasy w 1999 roku ludzie obserwowali nas cały czas. Nagle w autobusie pojawili się obcy ludzie, którzy zaczęli żartować i chcieli poznać naszą osobowość, nasze charaktery. Czuliśmy się jak w domu Wielkiego Brata, wszystkie dane i informacje o nas były gromadzone, żeby tworzyć postacie” – wyjaśnił.
Muzycy przygotowywali się do ról wyjątkowo intensywnie – uczęszczali na zajęcia aktorskie i baletowe, by lepiej oddać swoje ekranowe postacie. Bobby Z. zwrócił uwagę, że praca nad „Purple Rain” znacząco różniła się od wcześniejszych projektów Prince’a.
„Film go spowolnił, co dało mu czas na refleksję. Większość albumów kończył w ciągu dwóch do trzech tygodni. Ale w przypadku Purple Rain musiał się napracować przez około sześć miesięcy” – powiedział.
„I naprawdę musiał się nad tym zastanowić. Mógł zastąpić utwory. W ostatniej chwili wymyślił coś pięknego. Wydarzyły się rzeczy, które sprawiły, że album jest tym, czym jest dzisiaj. To była wymuszona cierpliwość”. Chyba się opłacało. W efekcie powstała płyta, która po ponad 40 latach wciąż wyznacza standardy.
Czytaj też:
Były muzyk Kultu z wyrokiem. Szok w świecie muzykiCzytaj też:
Nie żyje gwiazdor „Melrose Place”! Zmarł nagle
