Kochała ją cała Polska. Po latach wychodzą skrywane sekrety gwiazdy

Kochała ją cała Polska. Po latach wychodzą skrywane sekrety gwiazdy

Danuta Rinn
Danuta Rinn Źródło: Newspix.pl / Jacek Herok
Danuta Rinn śpiewała o miłości, śmiała się sama z siebie, a przy tym... karmiła pół Warszawy. Wiele sekretów przy tym skrywała.

Miała pseudonim po pierwszym mężu, dowód osobisty chowała przed recepcjonistami, a piosenkę, która zmieniła jej życie, odśpiewała po raz pierwszy tyłem do widowni. Danuta Rinn, jedna z najbardziej lubianych postaci polskiej estrady, o której dziś tak często się zapomina.

Śpiewała „Gdzie ci mężczyźni?”. Kim tak naprawdę była Danuta Rinn?

Urodziła się 17 lipca 1936 roku w Krakowie jako Danuta Smykla. Karierę zaczęła w krakowskich kabaretach — najpierw w Światłach Estrady, potem w słynnym „Centusiu”. W 1963 roku przeniosła się do Warszawy i weszła na scenę ogólnopolską. Zabrała ze sobą jedno: pseudonim. Nazwisko „Rinn” skleiła z brzmienia nazwiska pierwszego męża, lekarza Andrzeja Rynducha. Po rozwodzie postanowiła je zatrzymać. Może dlatego, że brzmiało jak z francuskiego plakatu, może dlatego, że po prostu pasowało do kogoś, kto od początku wiedział, że na scenie będzie chciał być kimś więcej niż sobą.

Na drodze zawodowej i życiowej spotkała Bogdana Czyżewskiego. Legenda głosi, że gdy go zobaczyła wchodzącego do hotelowej restauracji, mruknęła do siebie — mój ci jest — i tak już zostało. Razem nagrali blisko dwieście piosenek, tworząc jeden z najbardziej charakterystycznych duetów w historii polskiej estrady. „Wszystkiego najlepszego”, „Na deptaku w Ciechocinku”, „Czy to wszystko ma sens” to piosenki, które weszły do zbiorowej pamięci pokoleń.

Piosenka, na którą czekała całe życie. Kobiety do dziś śpiewają ten refren

Rok 1974. Dwunasty Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Danuta Rinn wychodzi na scenę z piosenką „Gdzie ci mężczyźni?” i wygrywa. Kompozytor Włodzimierz Korcz wspominał, że zanim utwór trafił do Rinn, śpiewała go w kabarecie Anna Nehrebecka. To on zaproponował zmianę wykonawczyni. Reakcja artystki była natychmiastowa: powiedziała, że na taką piosenkę czekała całe życie.

Premiera była jednak osobliwa. Na próbie w Radomsku Rinn śpiewała odwrócona tyłem do widowni, wpatrzona w tekst leżący na fortepianie. Publiczność była zachwycona, artystka bisowała aż trzykrotnie. Korcz odnotował przy innej okazji, że z artystką zdarzały mu się też napięcia: bywała jak to ujął, niesłychanie utalentowana, ale i potwornie leniwa, a na pierwsze koncerty przychodziła bez znajomości tekstu. Kiedyś zagroził odebraniem piosenki. Pomogło.

Rinn mówiła otwarcie o swoich kilogramach. „Zaakceptowałam siebie taką, jaką jestem”

Rinn była artystką pełną, w każdym sensie tego słowa. Nie przepraszała za swoją sylwetkę — sytuację obracała w dowcip z taką klasą, że widownia biła brawo. „Utyć boi się każda, tylko nie każda wie, co z tym zrobić. Prawdę mówiąc, miałam do wyboru: albo wykorzystać tę swoją cechę albo zrezygnować z zawodu. Zaakceptowałam siebie taką, jaką jestem” — mówiła, cytowana przez portal kultura.onet.pl.

W swoich estradowych autoprezentacjach potrafiła z kamienną twarzą ogłosić, że mieszka w pięknej przestronnej willi dziesięciopiętrowej, zajmując apartament na dziewiątym piętrze — po czym dodawała, że może raczej dwuipółpokojowy, bo udało jej się zabudować kawałek korytarza z oknem. I że przywiązuje ogromną wagę do strojów. Albo odwrotnie: stroje do wagi.

Podobno nie pokazywała dowodu osobistego hotelowym recepcjonistom. Gdy Korcz zapytał wprost, czy zawsze go zapomina, odpowiedziała spokojnie, że nie. Po prostu nie chce, żeby zaglądali, ile ma lat.

Polska diwa organizowała wystawne kolacje, o których mówili wszyscy. Każdy chciał tam być

W środowisku artystycznym Rinn miała opinię kobiety, której dom był zawsze otwarty. Wielkie kolacje, legendarna polędwiczka w ogórkach, rosół, pół warszawskiej branży zebrane przy stole. Kultura osobista i kuchnia w jednym.

Była też artystką zaangażowaną. W najtrudniejszych latach osiemdziesiątych śpiewała w kościołach na rzecz „Solidarności”, wykonując między innymi „Polskie skrzydła” Korcza i Brylla. Środowisko z czułością nazywało ją „Ciotką Solidarności". Z drugiej strony wciąż występowała na państwowych widowiskach. Tak już była. Scena była jej domem, koncerty życiem.

Ostatnie lata nie były dla niej łaskawe. Zaawansowana cukrzyca i jej powikłania odebrały jej zdrowie i energię, które przez dekady były jej znakiem firmowym. Zamieszkała w Domu Aktora w Skolimowie. Nawet stamtąd planowała kolejne koncerty, w tym charytatywne. Nie doczekała. Bliscy mówili, że samotność i zmagania z depresją skrywała za pozornym humorem do końca.

Odeszła 19 grudnia 2006 roku w Warszawie. Miała siedemdziesiąt lat. Spoczywa na Powązkach.

Czytaj też:
Prawdziwa historia najpiękniejszej polskiej ballady. Każdy ją kiedyś nucił
Czytaj też:
QUIZ. Wieczorynki, seriale i filmy PRL-u. Rozpoznaj po kadrze!