Była żywiołem, którego nie dało się okiełznać. Na scenie prowokowała, na planie wymagała, prywatnie mówiła to, co myślała. Śmierć Bożeny Dykiel zamyka ważny rozdział w historii polskiego kina i telewizji, ale anegdoty o niej jeszcze długo będą krążyć w środowisku. Bo takiej aktorki nie da się wspominać półgębkiem.
Motocykl w „Balladynie” i skandal, który przeszedł do legendy
Gdy w 1974 roku Adam Hanuszkiewicz wystawił „Balladynę” i obsadził Dykiel w roli Goplany, nikt nie spodziewał się takiego wstrząsu. Zamiast eterycznej nimfy widzowie zobaczyli aktorkę w obcisłym kombinezonie, wjeżdżającą na scenę na japońskiej Hondzie. Ryk silnika wywoływał wśród starszej części publiczności niemal wrzask z oburzenia.
Początkowo obawiano się klapy i skandalu. Stało się odwrotnie, spektakl grano ponad 500 razy przy pełnej widowni, a sam wjazd na motocyklu stał się miejską legendą. Hanuszkiewicz nazywał ją swoją „najzdolniejszą chłopczycą”. Cenił w niej brak kokieterii i gotowość do bycia na scenie „brzydką, spoconą czy agresywną”, jeśli wymagała tego rola. To on jej powtarzał, że aktor musi mieć „pancerną skórę i wrażliwe serce”.
„Ziemia obiecana”. Scena, po której miała dość jedzenia
W „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy stworzyła wyrazistą Madę Müller. Scena śniadania z Karolem Borowieckim, granym przez Daniela Olbrychskiego, przeszła do historii kina. Mało kto wiedział, że wymagała wielokrotnych powtórek, przez co aktorka musiała pochłaniać ogromne ilości jedzenia. Reżyser był zachwycony jej naturalnością, ale ona sama żartowała po latach, że przez rok nie mogła patrzeć na potrawy przypominające tamte z planu zdjęciowego.
To był jeden z przykładów jej zawodowego podejścia. Aktorstwo traktowała jak rzemiosło, które wymaga dyscypliny, nie „gwiazdorzenia”.
„Alternatywy 4”. Miećka z krwi i kości
Na planie kultowych „Alternatyw 4” tworzyła z Romanem Wilhelmim duet, który iskrzył. Ich ekranowe małżeństwo bywało tak wybuchowe, że jak wspominała, ekipa niemal nie musiała ich instruować, co i jak mają grać. O Wilhelmim mówiła, że był aktorskim „zwierzęciem”, więc aby dotrzymać mu kroku, musiała być dwa razy głośniejsza i bardziej stanowcza.
Popularność serialu sprawiła, że widzowie przestali oddzielać fikcję od rzeczywistości. W sklepach słyszała: „Pani Aniołowa, pani to by tego swojego męża wreszcie do pionu postawiła, bo nam tu w bloku spokoju nie daje!”. Odpowiadała bez wahania: „Spokojnie, w domu ma już odstawione lanie”.
„Na Wspólnej”. Perfekcjonizm i rola, która zmyliła wszystkich
Przez 23 lata grała Marię Ziębę w serialu „Na Wspólnej”, partnerując Mieczysławowi Hryniewiczowi. Poznali się jeszcze na egzaminach do szkoły teatralnej. Na planie uchodziła za „strażniczkę porządku”. Młodsi aktorzy czuli respekt. Jeśli ktoś był nieprzygotowany albo spóźniony, mógł liczyć na krótką, dosadną reprymendę. Sama o sobie mówiła, że bywa „złośnicą”, gdy coś nie idzie zgodnie z planem. Lubiła mieć wszystko poukładane „jak w zegarku”. Gdy zaczynało się „walić i palić”, wpadała w popłoch i natychmiast się denerwowała.
Przy wątku udaru Marii Zięby nawet ludzie z branży byli przekonani, że aktorka naprawdę jest ciężko chora. Hryniewicz wspominał, że długo utrzymywała „sparaliżowaną” rękę i sposób mówienia, budząc ogromny szacunek dla swojego aktorskiego warsztatu.
Upadek, operacja i nowe tempo życia
Podczas intensywnych zdjęć – cztery dni w tygodniu po około 12 godzin – zasłabła. Jak mówiła, mózg był niedotleniony przez wadliwą zastawkę serca. Do lekarki poszła „tylko z przeziębieniem”, ale została natychmiast skierowana do Anina. Usłyszała: „jeśli pani chce żyć, musimy wstawić nową zastawkę”. Przez pewien czas po operacji żyła dzięki sztucznemu sercu.
Po zabiegu przyznała, że „już nie jest tą szaloną Bożenką” i że robi tylko to, na co ma ochotę, „w swoim tempie i na swoich warunkach”.
Improwizacje, które przeszły do historii
Na planach słynęła z inwencji. Opowiadała: „Wymyśliłam kiełbasę, ogórek i scenę na sianie”. Dodawała, że „kiełbasa, ogórek, chleb i wódka” stały się wizytówką jednej z produkcji („Wesele” Andrzeja Wajdy — przyp.red.). Przyznawała, że stworzyła „mnóstwo drobiażdżków”, w tym „zwariowany zryw urżniętej Kaśki”. Reżyserzy chętnie podłapywali jej pomysły i budowali na nich sceny.
Choć do szkoły teatralnej szła z marzeniem o rolach romantycznych amantki, reżyserzy widzieli w niej przede wszystkim temperamentne, „przaśne dziewczyny”. Po latach mówiła wprost: „Zrobili ze mnie przaśną dziewczynę”. Z czasem stało się to jej znakiem firmowym.
Słodko-gorzkie wspomnienia
Podczas odsłonięcia własnej gwiazdy w Łodzi mówiła, że „połowa jej aktorskiej młodości to była Łódź”. Wspominała, że tam „kręciło się non stop”, a ona miała wynajęte mieszkanie. Spacerując po mieście, przyznawała: „każda ulica przypomina mi tę młodość moją”.
W jednym z wywiadów wróciła też do trudnych doświadczeń z czasów PRL. Twierdziła, że próbowano ją zwerbować. „Na żadną Matę Hari się nie nadawała” – mówiła, dodając, że „chcieli jej złamać życie i karierę”. Odmówiła współpracy mimo zastraszania i po latach przyznawała, że wciąż myśli o tym „ze wstrętem”.
Bożena Dykiel była aktorką z temperamentem i zasadami. Nie bała się prowokować, improwizować ani mówić wprost. Zostawiła po sobie role, które trudno będzie komukolwiek powtórzyć i legendę, która już nie zgaśnie.
Czytaj też:
Ostatni SMS Bożeny Dykiel. „Teraz wiem, że już go nie wykasuję”Czytaj też:
Niezapomniane role Bożeny Dykiel. Pożegnanie ikony
