24 lata temu Polacy zobaczyli samych siebie. O mały włos kultowa komedia skończyłaby się tragicznie

24 lata temu Polacy zobaczyli samych siebie. O mały włos kultowa komedia skończyłaby się tragicznie

„Dzień świra”
„Dzień świra” Źródło: Studio Filmowe „Zebra” Vision Film
Śmieszył Polaków do łez i mówił o nich więcej niż niejeden dramat. Rodził się w bólach, a jego twórcy o mało co nie pozabijali się na planie.

Są filmy, które dobrze się starzeją. Są też takie, które z każdym rokiem stają się coraz bardziej aktualne. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należy „Dzień świra”, który ma już 24 lata. Gdy 7 czerwca 2002 roku obraz Marka Koterskiego trafił do kin, reklamowano go jako komedię obyczajową. Szybko okazało się jednak, że widzowie dostali coś znacznie więcej: bolesny portret narodowych frustracji, samotności i codziennego zmęczenia życiem.

„Dzień świra” – film o bólu codzienności

Marek Koterski od początku nie miał złudzeń, że tworzy lekką rozrywkę. Jak sam mówił, „Dzień świra” jest „filmem o bólu istnienia następnych pięciu minut”. To właśnie ta pozorna błahość problemów bohatera okazała się tak uniwersalna. Adam Miauczyński, grany przez Marka Kondrata, nie walczy z wielkimi tragediami. Jego przeciwnikami są hałasujący sąsiedzi, źle wychowani uczniowie, codzienny chaos, niespełnione ambicje i własne lęki.

„Miauczyńskiemu przeszkadza wszystko” – tłumaczył reżyser charakter swojego bohatera. – „Robotnicy hałasujący przed domem, uliczny grajek, dozorca koszący trawnik, psy biegające po podwórku, muzyka Chopina dobiegająca z mieszkania sąsiadów, uczniowie, którzy zachowują się jak dzicz”.

Właśnie dlatego film tak mocno trafił do publiczności. Miauczyński nie był wyjątkowy. Mógł nazywać się Jan Kowalski, albo po prostu tak, jak któryś z nas.

Komedia, która okazała się narodowym lustrem. Rodziła się wśród kłótni i dramatów

Choć widzowie do dziś śmieją się z wielu scen i dialogów, „Dzień świra” od początku był czymś znacznie mroczniejszym niż klasyczna komedia. Koterski bezlitośnie rozprawiał się z mitami polskiego inteligenta, patrioty, katolika, ojca, męża i kochanka. Pokazywał człowieka przegranego, rozczarowanego i zagubionego, który nie potrafi odnaleźć się ani w relacjach z innymi, ani we własnym życiu.

To właśnie połączenie groteski, absurdu i autentycznego bólu sprawiło, że film stał się fenomenem. Jedni traktowali go jako satyrę, inni jako dramat psychologiczny. Dla wielu był natomiast formą osobistego katharsis.

Produkcja, która dziś uchodzi za klasykę, powstawała w niezwykle trudnych warunkach emocjonalnych.Koterski wielokrotnie przyznawał, że praca z nim bywa dla aktorów doświadczeniem granicznym. Sam twierdził, że funduje współpracownikom „skrajną traumę”. Tym razem również on sam stał się ofiarą własnej metody pracy.

W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” wspominał jeden z pierwszych kryzysów podczas zdjęć: „Pierwszy był na samym początku, w Dębkach, kiedy zamiast słońca przyszedł sztorm, tak silny, że powywracał samochody. Postanowiłem, że w nocy ucieknę autostopem, i gdyby nie mój syn Michał, który okazał mi wsparcie, tak by się niechybnie stało”.

Szczególnie zapadła mu w pamięć praca nad sceną, w której Miauczyński próbuje usiąść na kanapie. Reżyser postanowił najpierw sam pokazać aktorowi wszystkie gesty i rytuały bohatera. „Zacząłem pokazywać, jak poprawiam spodnie, żeby mnie nie piło w kroku, żeby było pod udami gładko, jak odstawiam cały ten ceremoniał ekwilibrystyki spodniowo-siadaniowo-kroczowej, który dziś wiem już, czemu służył, bo już tak nie siadam” – opowiadał.

Reakcja ekipy była dla niego szokiem. „Oni po prostu oniemieli. Oni czegoś takiego w życiu nie widzieli”.

„Zabiję go deską z gwoździem”. Marek Kondrat miał dość

Jeszcze trudniej wspominał pracę nad filmem Marek Kondrat. Choć stworzył jedną z najwybitniejszych kreacji w historii polskiego kina, kosztowało go to ogromnie dużo energii.

„Okres realizacji tego filmu to są moje siwe włosy” – przyznawał po latach. W rozmowie dla „Urody życia” nie ukrywał, że napięcie między nim a reżyserem momentami osiągało granice wytrzymałości.

„Jak bardzo kosztowne to było przeżycie, odkryłem właściwie już w trakcie zdjęć, kiedy po półmetku mówiłem Markowi Koterskiemu, że go zabiję deską z gwoździem, jeśli jeszcze chwilę będziemy pracowali razem”.

Mimo tych doświadczeń aktor wielokrotnie podkreślał, że żadna inna rola nie miała na niego takiego wpływu. Po premierze film został obsypany nagrodami. Zdobył Złote Lwy na 27. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, dwa Orły dla Marka Kondrata i Marka Koterskiego oraz uznanie krytyków i publiczności.

Z czasem jego status tylko rósł. W 2014 roku słuchacze radiowej Trójki wybrali go filmem 25-lecia w plebiscycie „Kino wolność”. Pokonał między innymi „Psy” Władysława Pasikowskiego i „Jesteś bogiem” Leszka Dawida. W 2020 roku eksperci związani ze stowarzyszeniem „Słowo i Film” oraz Narodowym Centrum Kultury uznali go za najlepszy polski film ostatnich trzech dekad.

Sam Marek Kondrat mówił o nim bez cienia przesady. W rozmowie z Onetem w 2012 roku stwierdził: „Dzień świra” to jest polska Biblia. Aktor przyznawał również, że sukces filmu miał wpływ na jego późniejsze decyzje zawodowe. Uważał, że po takiej roli trudno znaleźć wyzwanie, które mogłoby przynieść podobną satysfakcję.

Czytaj też:
Klasyk naszych czasów jest na Netflix. „Ogląda się z zapartym tchem”
Czytaj też:
Największe hity z Tomem Hanksem. Te filmy obejrzysz teraz online

Źródło: WPROST.pl