Był 1992 rok. Polska właśnie wychodziła z jednego świata, PRL-u i wchodziła w drugi, jeszcze tutaj nienazwany. Wtedy na ekrany wparowały „Psy”. Na festiwalu w Gdyni część widowni wyła z oburzenia, krytycy domagali się zakazu emisji, a Bogusław Linda stawał się najtwardszym facetem w Polsce.
„Psy” Pasikowskiego — film, który zmienił polskie kino na zawsze. „W imię zasad”
Trudno dziś w to uwierzyć, ale Bogusław Linda nie był pewien, czy chce zagrać Franza Maurera. Kojarzono go wówczas z kinem moralnego niepokoju, z rolami ludzi rozdartych i wrażliwych. Po przeczytaniu scenariusza Pasikowskiego miał podobno rzucić krótko: „amerykańskie kino po polsku”, co wówczas nie brzmiało jak komplement.
Przyjął jednak rolę i zrujnował swój dotychczasowy wizerunek w sposób, który okazał się najlepszą rzeczą, jaka mogła mu się przytrafić. Franz Maurer nie był bohaterem z rozchwianym moralnym kompasem. Był człowiekiem, który zabił własne wyrzuty sumienia i żył z tym dalej. Linda rozumiał to intuicyjnie: jego Franz nie planuje, nie kalkuluje, mówi to, co czuje i robi to w danej chwili. Stąd chłód, precyzja, zdania bijące prosto w oczy, które przeszły do historii polskiej popkultury.
Wystarczyło, że z ekranu padło: "W imię zasad, sk******nu" i polska widownia już nigdy nie słuchała filmowych dialogów tak samo. Drugie zdanie, które przeżyło wszystkie epoki: „Bo to zła kobieta była” i wcześniej: „Nie chce mi się z tobą gadać”. Kto nie zna tych cytatów?
W 1992 roku polskie kino nie mówiło w ten sposób. Wulgaryzmy istniały, owszem, ale za zamkniętymi drzwiami, nie w kinowych salach na festiwalu w Gdyni. „Psy” zburzyły tę umowę bez ostrzeżenia i bez przeprosin.
Pasikowski wymagał od aktorów tego, co sam nazywał „amerykańskim graniem” — oszczędnym, opartym na spojrzeniu, pozbawionym teatralnej nadekspresji. Cezary Pazura jako Waldek Morawiec — Młody — uczył się tej szkoły na planie od pierwszego dnia. To właśnie tam narodził się duet, który zdominował polskie kino na dekadę. Żeby było zabawniej, obaj zarabiali przy tym śmieszne pieniądze jak na skalę późniejszego sukcesu. Robili to, bo czuli, że w polskim kinie właśnie coś się zmienia.
Ta scena filmowa wywołała największy skandal. Poruszona była cała Polska
Zmieniał się nie tylko język, ekspresja, styl gry. Na oczach milionów widzów szargano stare (ubeckie) i nowe (solidarnościowe) świętości. W „Psach” nie ma świętości. Liczy się tylko twarda walka o przetrwanie, o to, żeby „nie skończyć na tym śmietniku”, a po drodze liczy się tylko prawdziwa męska przyjaźń. Naprawdę? Jaka przyjaźń? W świecie, gdzie każdy zdradza każdego na każdym kroku.
Najgorętszym punktem zapalnym okazała się scena, w której po alkoholowej libacji w służbowej stołówce, byli funkcjonariusze SB wloką pijanego w sztok kolegę, podśpiewując sobie przy chwiejnych krokach słowa „Ballady o Janku Wiśniewskim". Rodzina Zbyszka Godlewskiego — prawdziwego robotnika zastrzelonego w Gdańsku w 1970 roku, który stał się pierwowzorem filmowej postaci — zaprotestowała publicznie. Część środowiska solidarnościowego oskarżyła reżysera o trywializację pamięci i szarganie świętości.
Pasikowski się nie wycofał. Tłumaczył, że cynizm jego bohaterów był autentyczny — dla takich ludzi nie istniały żadne świętości, tabu, granice. Scena została i to właśnie ona najdłużej zostaje w głowie po seansie.
Dlaczego „Psy” to coś więcej niż kryminał czy film dla ubeków?
Pasikowski konsultował scenariusz z ludźmi znającymi realia służb od środka. Procedury palenia akt, weryfikacji, wewnętrznych układów, wszystko miało wyglądać i wyglądało wyjątkowo realnie. Efekt okazał się tak przekonujący, że byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa podobno chodzili na „Psy" wielokrotnie, żeby sobie powspominać stare dobre czasy. Podobno twierdzili, że nareszcie ktoś pokazał, jak to naprawdę wyglądało. Rekomendacja, której żaden recenzent by nie wymyślił.
„Psy” nie są wyłącznie filmem sensacyjnym. To zderzenie dwóch epok: sztywnego, moralizatorskiego kina poprzedniego systemu z brutalnym, cynicznym, zachodnim tempem nadchodzącej dekady. Franz Maurer nie pasował ani do jednej, ani do drugiej strony tego podziału — był produktem przejścia, człowiekiem ze starego świata próbującym przeżyć w nowym, na dodatek bez instrukcji obsługi, bo nikt mu takiej nigdy nie zapewnił. To film brutalnie szczery, który nie boi się burzyć pomników, nie stara się też odplamić żadnej z kart historii i to nieważne przez kogo pisanej. Na końcu i tak zostaje samotnik z zasadami. Nawet jeśli wszyscy wokół już o nich zapomnieli. Właśnie dlatego film trafił tak celnie i właśnie dlatego nie stracił nic ze swojej mocy po ponad trzech dekadach.
Teraz „Psy” trafiły na Netflix. Wreszcie i nowe pokolenie może się przekonać, że „w imię zasad” wciąż zobowiązuje.
Czytaj też:
W 24h stał się numerem jeden na Netflix. Kryminał robi szał w PolsceCzytaj też:
4 nowości na Netflix i 3 na HBO Max. Czadowe premiery w piątek!
