Gdy w 1988 roku Mirosław Baka wsiadał do taksówki, kierowcy go rozpoznawali i odmawiali kursu. Nie dlatego, że był sławny. Dlatego, że się bali.
Porażający film o zbrodni, która wydarzyła się naprawdę
Krzysztof Kieślowski nie wymyślił swojego bohatera przy biurku. Kanwą „Krótkiego filmu o zabijaniu” stała się autentyczna sprawa kryminalna: dwudziestotrzyletni Waldemar Krakos zamordował taksówkarza niespełna miesiąc po sylwestrze 1982 roku. Początkowo sąd orzekł dwadzieścia pięć lat więzienia. Po rewizji wyroku zapadł wyrok śmierci.
Kieślowski pojechał do więzienia osobiście. Rozmawiał z Krakosem przed egzekucją. Nie po to, by zebrać materiał fabularny, lecz po to, by zrozumieć dwie rzeczy naraz: dlaczego człowiek zabija i dlaczego państwo rości sobie prawo, by zrobić to samo.
Siedem minut, po których nic nie było już takie samo
Scena zamordowania taksówkarza trwa na ekranie około siedmiu minut. W historii światowego kina trudno znaleźć sekwencję, która z podobną bezwzględnością odbiera widzowi złudzenie, że śmierć może być efektowna. Kieślowski i scenarzysta Krzysztof Piesiewicz celowo nie łagodzili niczego ani ciosów, ani odgłosów, ani czasu trwania. Chcieli, żeby zabijanie było tym, czym jest: obrzydliwym, wyczerpującym, absolutnie bezsensownym aktem.
Na planie stosowano charakteryzację, której realizm jak na 1987 rok był wstrząsający. Po nakręceniu sceny egzekucji ekipa przerwała zdjęcia na kilka dni. Nie z powodów technicznych. Nie wytrzymali psychicznie.
Gdy film pokazano w Cannes, po ostatniej scenie w sali zapanowała kompletna cisza. Widzowie siedzieli nieruchomo przez kilka minut, nie wiedząc, czy wstać, czy wyjść, czy w ogóle cokolwiek zrobić. Potem wybuchły owacje, które trwały blisko kwadrans. Nagroda Jury była formalnością. Zachodni krytycy pisali, że Kieślowski uderzył świat otwartą dłonią.
W polskich kinach reakcje były podobne. Część widzów nie wytrzymywała do końca, wstawali i wychodzili w połowie seansu. Niektórzy krzyczeli.
„Krótki film o zabijaniu” był przekleństwem Mirosława Baki
Jacka — chłopaka, który zabija bez wyraźnego powodu i ginie z wyroku sądu — zagrał Mirosław Baka, wówczas praktycznie nieznany. Kieślowski wybrał go za coś nieuchwytnego: milczącą, zwierzęcą obecność, która na ekranie działa jak zimny prysznic.
Baka wspominał, że sceny sądowe i egzekucja były dla niego koszmarem. Reżyser nie pytał, tylko wymagał. Prawdziwa pętla na szyi aktora podczas kręcenia sceny powieszenia była zabezpieczona, ale chłód sznura i metalowych mechanizmów szubienicy i tak pozostał w pamięci na lata.
Po premierze zaczęło się coś, czego aktor się nie spodziewał. Ludzie na ulicach reagowali na jego twarz agresją. Kierowcy taksówek odmawiali mu kursów. Nieznajomi podchodzili i wyzywali. Przez długi czas nie mógł się uwolnić od mroku tej roli.
Film, który zmienił prawo
To nie jest metafora. „Krótki film o zabijaniu" trafił na ekrany w momencie, gdy w Polsce trwała realna debata o karze śmierci. Brutalność sceny egzekucji — długa, pozbawiona patosu, fizycznie odpychająca — wywołała ogólnopolską dyskusję, której wcześniej nie było. Wkrótce potem wprowadzono moratorium na wykonywanie wyroków. Ostatecznie kara śmierci w Polsce została zniesiona.
Kieślowski do końca życia otrzymywał listy z podziękowaniami. On sam nigdy nie ukrywał swoich przekonań. Zdaniem reżysera, zabijanie jest zawsze takie samo i nieważne, czy robi to bandyta w bramie, czy państwo w majestacie prawa. Zawsze odbiera się czyjeś życie.
Po wielu latach znów możemy poczuć ciarki na skórze. Z okazji 10-lecia swojej działalności w Polsce Netflix przygotował wyjątkową niespodziankę, dzięki której na platformie pojawiło się wiele spośród najważniejszych polskich filmów ostatnich dekad. Wśród nich jest „Krótki film o zabijaniu”.
Czytaj też:
Lawina nowości na HBO Max. Wpada serial z gwiazdorem głośnego „Reniferka”Czytaj też:
Kryminał noir, o którym będzie głośno! Zbrodnia w małym miasteczku i od lat skrywane tajemnice
