Wodecki tym dowcipem rozkładał towarzystwo. Artysta o wielkim sercu kończyłby dziś 76 lat

Dodano:
Zbigniew Wodecki Źródło: Newspix.pl / Stanisław Krzywy
Lata po jego odejściu Polska wciąż nuci te melodie, a fani wiedzą o nim niemal wszystko. Na pewno? Takiego dowcipu nawet wielu z nich nie słyszało.

Gdyby żył, 6 maja skończyłby 76 lat. Zbigniew Wodecki — dżentelmen z trąbką, muzyk z sercem. Ludzie, którzy go znali, mówią to samo: był kimś wyjątkowym nie dlatego, że śpiewał pięknie, ale dlatego, że był pięknym człowiekiem.

Zbigniew Wodecki nie był piosenkarzem. Był artystą totalnym

Zbigniew Wodecki urodził się w 1950 roku w Krakowie i od początku był inny niż cała reszta polskiej estrady. Ukończył szkołę muzyczną w klasie skrzypiec, co dało mu fundament, którego próżno szukać u większości rodzimych gwiazd. Na scenę wnosił coś, czego w tamtych czasach brakowało polskiej muzyce rozrywkowej: klasyczny warsztat, jazzowy oddech i lekkość, która nie była przypadkowa, lecz wypracowana latami. Grał na skrzypcach i na trąbce. Sam żartował, że skrzypce to jego żona, a trąbka to kochanka.

Jego debiut na Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w 1972 roku był początkiem wieloletniej miłości z tym miastem. Przez kolejne dekady nie było opolskiego lata bez Wodeckiego. Dla wielu Polaków oglądanie jego występów w telewizji stało się obowiązkiem tak naturalnym jak niedzielny obiad.

Nie każdy artysta potrafi z humorem i dystansem mówić o swoich największych hitach. Wodecki potrafił. Nagrał piosenkę do kultowej wieczorynki o Pszczółce Mai w latach 70. i przez resztę życia żartował, że to właśnie ten utwór "kupił mu dom". Na każdym koncercie publiczność domagała się Mai, on zaś grał ją z uśmiechem, choć czasami miał jej już serdecznie dosyć. To też o nim mówiło coś ważnego: nie traktował siebie zbyt poważnie.

Jego repertuar był jednak znacznie rozleglejszy i głębszy. „Zacznij od Bacha” to manifest muzycznego kunsztu, „Lubię wracać tam, gdzie byłem” — jeden z najpiękniejszych polskich utworów o sentymencie i miłości. „Chałupy Welcome To” z kolei pokazywały, że potrafił bawić się estetyką i z wdziękiem nurkować w popkulturę. Wszystkie te oblicza były autentyczne.

Redford, De Niro i Wodecki. To dopiero dowcip!

Wodecki słynął z autoironii i ciętego żartu. Na koncertach regularnie wracał do anegdoty o trzech amantach, którzy trafiają do nieba. Żeby było zabawnie, tymi amantami są.. Robert Redford, Robert De Niro i... Zbigniew Wodecki.

Otóż w anegdocie Bóg każe Redfordowi udać się do pokoju o numerze 36. Amerykański Gwiazdor otwiera drzwi i widzi "strasznie brzydką babę". Wtedy słyszy głos Boga: „Robercie Redfordzie, za wszystkie grzechy popełnione na ziemskim padole po wieczność spędzisz w pokoju 36". Trudno, ten wszedł załamany, drzwi się zamykają, koniec.

Potem Bóg polecił Robertowi De Niro udać się do pokoju o numerze 38. Gwiazdor Hollywood otwiera drzwi, za którymi widzi "jeszcze straszniejszą babę". W tle słyszy głos Boga: „Robercie De Niro, za wszystkie grzechy popełnione na ziemskim padole po wieczność spędzisz w pokoju 38". Wszedł załamany, drzwi się zamknęły, koniec.

Na koniec Bóg zwraca się do Zbigniewa Wodeckiego i kieruje go do pokoju o numerze 37. – Wodecki otwiera drzwi, patrzy, a tam piękność normalnie, bo sama Claudia Schiffer. I słyszy głos Boga: "Claudio Schiffer, za wszystkie grzechy popełnione na ziemskim padole po wieczność spędzisz w pokoju 37”.

Całe towarzystwo za każdym razem wybuchało śmiechem. Wodecki zaś recytował to z kamienną twarzą i błyskiem w oku.

Zbigniew Wodecki — po prostu człowiek o pięknym sercu

Córka artysty, Katarzyna Wodecka-Stubbs, wspominała w rozmowie z Alicją Kosakowską z portalu Opole.pl, że dom w centrum Krakowa był miejscem pełnym życia, muzyki i znajomych. Fortepian w jadalni, partytury zapisywane ołówkiem, zapach ołówków i temperówek — takie drobiazgi zostają w pamięci dzieci. Wodecki był ojcem nieobecnym w konwencjonalnym sensie, bo kariera i trasy pochłaniały go przez lata. Z wiekiem te relacje się odbudowały. Gdy przyszły wnuki, stał się dziadkiem zakochanym w nich bez pamięci. Dzwonił do dzieci codziennie.

Taki był nie tylko dla najbliższych. Ci, którzy go znali, zgodnie podkreślają jedno: był człowiekiem wielkiego serca i bez grama pozy. Potrafił zatrzymać się na ulicy i porozmawiać z fanem tak długo, jak fan miał ochotę. Mawiał: „Ja nie jestem gwiazdą, ja jestem muzykiem, który pracuje”.

Najbardziej wymowna jest chyba historia z lubelskiego baru mlecznego. Wodecki stał w kolejce po obiad, gdy do środka weszła bezdomna kobieta. Personel lokalu zaczął ją wypraszać. Artysta stanął w jej obronie i — bez rozgłosu, bez kamer — wykupił jej obiady na cały rok. W Warszawie regularnie zostawiał pieniądze na jedzenie dla bezdomnej kobiety mieszkającej pod jego blokiem, a pewnego razu zagrał dla niej na skrzypcach. Po prostu tak.

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...