Nick Sadowski: Aga, spotykamy się tuż po twoim koncercie w Sarasocie. Zachwycił mnie nie tylko twój głos, ale też dobór utworów, porozumienie z muzykami i historie opowiadane między piosenkami. Jak odebrałaś dzisiejszą publiczność?
Aga Zaryan: Była bardzo różnorodna. Ucieszyło mnie, że przyszło sporo młodych ludzi, bo na koncertach jazzowych przeważają jednak dojrzali słuchacze.
Większość stanowili Polacy, ale byli też Amerykanie. Nie chciałam, żeby ktokolwiek poczuł się pominięty, dlatego przechodziłam z jednego języka na drugi.
Podobnie dobrałam repertuar: od amerykańskich standardów, przez autorskie piosenki, po utwory artystek, które cenię. Chciałam stworzyć różnorodny bukiet, z którego każdy może wybrać coś dla siebie.
W jazzie fascynująca jest nieprzewidywalność – nigdy nie wiadomo, dokąd muzyka za chwilę nas poprowadzi. Czy wy też zaskakujecie się nawzajem na scenie?
Oj tak, bardzo często. Nie ma rutyny, każdy wieczór jest trochę inny. Trzeba mieć szeroko otwarte uszy i refleks. Kocham to.
Na takie koncerty przychodzą też ludzie nietuzinkowi. Gramy standardy jazzowe, ale nasza publiczność jest niestandardowa! Lubi być zaskakiwana.
Cenię dobry pop i rock, w ogóle dobrą muzykę, jednak na koncercie popowym słuchacze często oczekują piosenki takiej, jaką znają. My ciągle szukamy nowych kluczy do utworów, nowych dróg interpretacji.
Wyczuwasz moment, w którym nawiązujesz porozumienie z publicznością? Co robisz, kiedy trudno ją poruszyć?
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
