Kulisy musicalu o Kościuszce. „To nie jest lokalna polska opowieść o facecie z kosynierami”

Kulisy musicalu o Kościuszce. „To nie jest lokalna polska opowieść o facecie z kosynierami”

Musical „Kościuszko” we wrocławskim Teatrze Capitol
Musical „Kościuszko” we wrocławskim Teatrze Capitol Źródło: Łukasz Gawroński
Niepodległość Stanów Zjednoczonych, rewolucja francuska, Napoleon, rozbiory Polski, Katarzyna II – to jest niewiarygodny światowy kocioł. Historia Kościuszki nie jest jakąś lokalną polską opowieścią o facecie z kosynierami. On funkcjonuje w samym środku wielkich przemian świata. Uważam, że kiedyś powinien powstać o nim wysokobudżetowy serial – mówi Konrad Imiela, reżyser musicalu „Kościuszko”, który będzie miał premierę 3 października we wrocławskim Teatrze Capitol.

Krystyna Romanowska, „Wprost”: Wziął pan (po Stefanie Starzyńskim) na musicalowy warsztat Kościuszkę, którego chyba dosyć trudno wydobyć ze szkolnej akademii. Racławice, kosynierzy, pomniki. I?

Konrad Imiela: Myślę, że moje pokolenie rzeczywiście sięgało niewiele dalej niż pięćsetzłotowy banknot z Kościuszką. Mnie samego zaczął naprawdę interesować dopiero w 2017 r., kiedy przypadała dwusetna rocznica jego śmierci. Dużo się wtedy o nim mówiło, były audycje, rozmowy, wywiady z ludźmi zafascynowanymi Kościuszką i wiele z nich kończyło się stwierdzeniem: wreszcie powinien powstać o nim film, spektakl, jakieś duże dzieło.

Mniej więcej wtedy przechodziłem taki życiowy epizod, który nazywam „depresją patriotyczną”. Patrzyłem na sytuację w Polsce i miałem poczucie, że oddalamy się od świata, w którym liczy się szacunek do drugiego człowieka, do inności, tolerancji, równości. Zacząłem się zastanawiać, co ja właściwie mogę z tym zrobić jako artysta, na dodatek zajmujący się teatrem muzycznym. Pomyślałem wtedy o musicalu o fikcyjnym wodzu. O kimś, kto pojawia się dzisiaj i potrafi zjednoczyć Polaków, poprowadzić ich ponad podziałami ku jakiejś w miarę świetlanej przyszłości. Miałem już za sobą „Hair” i wiedziałem, jaką siłę może mieć musical, który zabiera głos w sprawach społecznych czy politycznych.

W tym czasie zobaczyłem „Hamiltona” Lina Manuela Mirandy, a mój dobry znajomy przyniósł mi biografię Kościuszki Alexa Storożynskiego „Kościuszko. Książę chłopów”. Przeczytałem ją i nagle te wszystkie rzeczy zaczęły się ze sobą łączyć. Przypomniały mi się nawoływania z 2017 r., że Kościuszkę trzeba wreszcie opowiedzieć, mój pomysł na fikcyjnego wodza, „Hamilton”. Pomyślałem: po co właściwie wymyślać wodza, skoro myśmy takiego człowieka naprawdę mieli?

Co więcej, jego historia może być nawet ciekawsza od historii Hamiltona, a przecież obaj funkcjonują w tej samej epoce.

Kościuszko jest wciąż nieopowiedzianym polskim bohaterem. Oczywiście powstał „Kos”, ale ten film wybiera jeden fragment jego życia. A przecież jego pełna biografia jest materiałem na wielki serial.

Niepodległość Stanów Zjednoczonych, rewolucja francuska, Napoleon, rozbiory Polski, Katarzyna II – to jest niewiarygodny światowy kocioł. I człowiek zaczyna rozumieć, że historia Kościuszki nie jest jakąś lokalną polską opowieścią o facecie z kosynierami. On funkcjonuje w samym środku wielkich przemian świata. Dlatego naprawdę uważam, że kiedyś powinien powstać wysokobudżetowy serial o Kościuszce. My w musicalu z konieczności musimy wybierać tylko nieliczne fakty i motywy. Nie da się opowiedzieć wszystkiego.

Myśli pan, że Kościuszko naprawdę jeszcze ma taką zdolność łączenia Polaków?

Uważam, że jest bohaterem, z którym może się identyfikować i jedna, i druga strona polityczna. Jestem przekonany, że różne cechy bliskie swojemu światopoglądowi mogą w nim znaleźć ludzie z lewej i z prawej strony. Jedni zobaczą wielkiego patriotę, wodza, człowieka całkowicie oddanego sprawie niepodległości. Inni zobaczą jego myślenie o równości, stosunek do chłopów, do niewolnictwa, jego otwartość. Może więc opowiedzenie właśnie o nim może mieć w sobie coś jednoczącego.

Od czego się zaczyna pisanie musicalu o człowieku, który umarł ponad 200 lat temu?

Od bardzo głębokiego riserczu. Od biografii, dokumentów, szukania śladów. Ale dla mnie chyba najmocniejszym źródłem wiedzy o Kościuszce były jego listy. Bo nagle nie czytam już tego, co ktoś po dwustu latach napisał o Kościuszce, tylko zdania, które wymyślił sam Kościuszko. Albo czytam, co pisali do niego ludzie mu bliscy.

Nagle pojawiają się drobiazgi, które kompletnie zmieniają perspektywę. Na przykład Kościuszko piszący do swojej siostry: „moja ukochana krowo”. Przyzna pani, że już jesteśmy bardzo daleko od pomnika czy Panoramy Racławickiej. To właśnie lubię w pracy nad bohaterami historycznymi. Wolę filmy dokumentalne od całkowicie wymyślonych historii, bo kontakt z prawdziwym człowiekiem podnosi dla mnie rangę opowieści. Szalenie ekscytowało mnie, kiedy przy pracy nad musicalem o księżnej Daisy mogłem dotykać należących do niej przedmiotów. Przy „Starzyńskim” rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali. Nagle historia przestaje być abstrakcją. Ktoś naprawdę siedział przy tym stole, pisał ten list, kochał tę kobietę, bał się, podejmował decyzję.

Trzeba jeszcze znaleźć powód, dla którego ten człowiek nagle zaczyna śpiewać.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Wprost.

Aktualne cyfrowe wydanie tygodnika dostępne jest w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.